18 listopada 2015

Coś niewiele tu tej sztuki ~ Grimes ~ Art Angels


"You only like me when you think I'm looking sad", śpiewa do nas Claire Boucher (a.k.a. Grimes) w jednym z otwierających kawałków najnowszego albumu Art Angels. Obawiam się, że muszę uderzyć się w pierś i przyznać dziewczynie rację - jej nowe wcielenie niespecjalnie przypadło mi do gustu.

O tym, że Grimes pracuje nad nowym materiałem pisałem już w okolicach lutego, gdy zajarany dzieliłem się ze wszystkimi na około singlem "Realiti". Jeśli ktoś raczy i chęci odświeżyć sobie pamięć, może to zrobić TU. Miałem wówczas pewne obawy, że G. niezbyt dobrze znosi zainteresowanie mainstreamu, ale nic nie mogło mnie przygotować na efekt końcowy.

Otwierające "Laughing and not being normal" zdradziecko wita nas powolnymi, onirycznymi smyczkami i drylującym wokalem. Jest to raptem półtorej minuty, ale wprawia w fałszywe poczucie bezpieczeństwa. Przekonuje, że będzie tak jak w Visions - dziwnie, nieziemsko i alternatywnie. Niestety zaraz potem uderza nas "California", a w niej radosna melodia i samplowane oklaski, zapętlone w zadziorny rytm. Poza dziewczęcym, piskliwym głosem Claire nie ma tu absolutnie niczego co budziłoby skojarzenia z dotychczasową pracą Grimes.

Gdy z docieramy do "Flesh Without Blood" oczywistym staje się, że Grimes zaprzyjaźniła się z nemesis każdego tru metalowca - komercją. Gdzieniegdzie czytałem opinie, że jest to najbardziej bezczelny, podręcznikowo napisany pop singiel ostatniej dekady. Pod względem muzycznym, jak najbardziej - ten pop-rockowy szum mógłby zagrać absolutnie każdy. Jest uroczo wtórny, automatycznie wpada w ucho, ale za cholerę nie potrafi w nim się utrzymać dłużej niż pięć minut. Z wokalem jest nieco lepiej, Banalne teksty o zawiedzionej przyjaźni ratuje tylko słodka barwa głosu wokalistki. Z drugiej strony, to tutaj właśnie najwyraźniej słychać inspiracje Boucher - new age i pop lat 90-tych, Enya, Cher, Deep Forest - Istny wehikuł czasu i podróż w krainę sentymentu.

Potem na szczęście jest już tylko lepiej. "Belly of the Beat" schodzi nieco z tempa i oferuje jedynie minimalistyczny bit z akustyczną gitarą w tle. Nic szczególnego. Następujące po nim "Kill V. Maim" to z kolei absolutna petarda. Dynamiczne, zadziorne, z pazurem. W przeciwieństwie do reszty albumu Claire eksperymentuje i bawi się swoim głosem, wychodząc poza rolę słodkiego, skrzywionego dziewczątka. Choć to w sumie jedynie klubowa tupanka, pełno w niej emocji i tej anemicznej dziwności, która tak mnie uwiodła w starszej twórczości Grimes.

Dwa następne utwory, w szczególności "Easily", to słodziutki pop prosto z lat 90-tych, urzekający kiczem. Od razu przypomniały mi się ballady w wykonaniu Spice Girls czy Britney Spears, choć pewnie pamięć płata mi figle i nieco przeceniam zdolności muzyczne dziewczyn sprzed 20 lat. Bardzo mi się ta naiwność podoba. Miło posłuchać, jak Grimes podchodzi do czystego popu.

"Pin" jest moim drugim faworytem na tej płycie. Tylko tutaj Boucher bierze w ramiona całą sztampę popu i wszystkie stereotypy z nim związane, i stawia je w opozycji do swojej lekko psychotycznej natury. Słodki głos, cukierkowa melodia przełamywane są rzęrzeniem gitar i kosmiczną elektroniką. Duży plus.

"Realiti" obecne na krążku to niestety zupełnie inna wersja niż ta prezentowana pół roku temu jako singiel. Od zera nagrano wokale, do melodii dodano kilka warstw syntezatorów i kompletnie przeprodukowano. Jest to oczywiście kwestia gustu, jednak mnie dużo bardziej przypasowała ta bardziej ascetyczna, skromna wersja demo.

Reszta krążka to w zasadzie zapychacz. Jedynie zamykający "Butterfly" wybija się nieco na przód, zamykając album szybującym, mocnym refrenem w klimatach solowej twórczości Daren'a Hayes'a (Brzęczy mi tu nieco jego kawałek "Casey").

Podsumowując... Ciężko jest mi się zdecydować. Z jednej strony rozumiem, że objęcie dużo lżejszego, przystępnego brzmienia było ze strony Claire zabiegiem w pełni celowym, mającym na celu zabawę popem i jego regułami. Z drugiej natomiast nie potrafię przełknąć prostoty, wręcz prostactwa niektórych piosenek tu obecnych. Stawiając Art Angels obok Visions jestem pewien, że Grimes było stać na dużo, dużo więcej. Na inteligentną grę konwencjami, krzyżowaniem gatunków i emocji. Tutaj zwyczajnie tego nie ma. Otrzymaliśmy mainstreamową papkę, muzycznego hamburgera z Grimes'ową posypką. Samo w sobie nie jest to złe, ale następnym razem będę oczekiwał czegoś dużo, dużo bardziej angażującego. 


27 października 2015

Pomidory i anteny radiowe ~ Neutral Milk Hotel ~ In The Aeroplane Over The Sea

"Two headed boy, she is all you could need
She will feed you tomatoes and radio wires
And retire to sheets safe and clean
But don't hate her when she gets up to leave".

Zazwyczaj powstrzymuję się od wplatania w recenzję tekstów z omawianej płyty, ale w tym wypadku zwyczajnie nie da się inaczej. Dzięki uprzejmości i poświęceniu mojej lepszej połówki w spocone dłonie wpadł mi *nareszcie* krążek zespołu Neutral Milk Hotel. Płyta absolutnie piękna i kultowa, która w zasadzie zgodnie ze zdrowym rozsądkiem powinna już dawno popaść w zapomnienie. Po kolei.

O samym zespole za wiele nie ma co pisać. NMH było dzieckiem Jeffa Manguma, muzycznego wagabundy i ekscentryka, który na przełomie lat 80-tych i 90-tych tułając się od miasta do miasta pobrzdąkiwał w sypialniach i salonach znajomych. Traktując muzykę bardziej jako formę ekspresji niż instytucję, nie dążył do stworzenia stałego zespołu. Poza garścią ep-ek i demówek rozpowszechnianych na rozjeżdżonych taśmach, Mangum nagrał tylko dwa albumy: On Avery Island i In the Aeroplane Over the Sea. Podczas gdy ten pierwszy przeszedł zupełnie bez echa, Aeroplane stało się ulubieńcem krytyków. W chwili premiery album nie sprzedał się prawie wcale, ale na przestrzeni lat obrósł legendą i społecznością zagorzałych fanów. Dość powiedzieć, w 2008 roku, czyli ponad dekadę po premierze, Aeroplane było szóstym najczęściej kupowanym winylem w USA. Skąd ta hipster histeria... hipsteria? (badum-tsh).

Na pierwszy rzut uchem Aeroplane to bełkot, tak muzyczny jak i logiczny. Akustyczna gitara w akompaniamencie zastępu instrumentów dętych i perkusji fałszują i gubią rytm, produkcja pełna jest trzasków i zakłóceń. Mangum nie jest w stanie utrzymać dźwięku przez dłużej niż pół sekundy - Głos mu się załamuje, śpiewa albo obok melodii, albo gdzieś zupełnie indziej, na przykład w kuchni (fun fact - trąbki do niektórych utworów faktycznie nagrywane były przez ścianę). Na domiar złego jego teksty są pełne radosnego nonsensu, bijącego na głowę wszystko, co słyszałeś na albumach The Pixies.

Gdy usłyszałem ten album po raz pierwszy, nie wiedziałem co myśleć. Było to coś, do czego byłem zupełnie nieprzygotowany. Przyzwyczajony do sterylnej produkcji większości pop-rockowych przebojów, ogniskowe rzępolenie Manguma wydawało się czymś niegodnym studia nagraniowego. Z czasem zacząłem dostrzegać w Aeroplane pewien zamysł.

Bo to nie tak, że Mangum nie potrafił grać. Co to to nie. Chałupniczość i beztroska dekonstrukcja dźwięków jest zabiegiem celowym, podkreślającym atmosferę i przekaz albumu, potęgującym emocje. A emocji tutaj co niemiara. In the Aeroplane Over the Sea to płyta o dorastaniu, o pierwszej miłości i jej utracie, o rodzinie i więzach braterskich. Na takie tematy można, a czasami nawet należy śpiewać łamiącym się głosem. Smutek miesza się tutaj z beztroską i radością, i tak w kółko, jak na karuzeli.

Wszystkie historie Mangum podał w formie zawiłych metafor. Co prawda po latach muzyk przyznał, że główną inspiracją do napisania albumu była historia Anne Frank, ale nie jest to informacja zbyt pomocna. Zapewniam was, że przedarcie się przez gąszcz porównań, aluzji, powielania narratorów i innych zabiegów jest jak walenie głową o ścianę. Dwugłowi chłopcy, płonące fortepiany, ukwiecone oczy -  metafory, choć często niezrozumiałe, wciągają słuchacza jeszcze głębiej w opowieści snute przez Manguma. W tym wszystkim muzykowi udało się uniknąć kiczu i pretensjonalności, o co przecież tak łatwo w muzyce popularnej. Cały album sprawia wrażenie pewnego strumienia świadomości, sennej wizji, słodko gorzkiej od początku do końca. W połączeniu ze skromną, ułomną instrumentalizacją otrzymujemy twór niezwykle intymny - niejednokrotnie miałem wrażenie, że Mangum bardziej śpiewa dla samego siebie niż dla kogokolwiek innego.

In the Aeroplane Over the Sea jest pozycją absolutnie obowiązkową dla każdego fana muzyki, jednak nie ze względu na muzykę. To, czym promieniuje Aeroplane to emocja, której przypisany jest cały album. Sposób w jaki Mangum kształtuje swoje historie amplifikowane dźwiękiem jest absolutnie godzien podziwu i pokazuje, że nawet to co brzydkie i nieciekawe może zrodzić coś pięknego.

3 października 2015

Some things are meant to stay dead ~ Orgy ~ Talk Sick

Jakiś rok temu pisałem (nie kryjąc entuzjazmu i ekscytacji) o reaktywacji Orgy i singlu Wide Awake and Dead. Przepowiadałem wówczas sentymentalny powrót smutnego electro-popu i przebierając nóżkami wypatrywałem pełnego albumu. Cały tekst możecie przeczytać tutaj. Minęło dwanaście miesięcy i oto w słuchawki wskoczyło Talk Sick, w akompaniamencie fejsbukowych fanfarów, trasy koncertowej i ogólnie pojętego internetowego hype'u. Co z tego wyszło? To samo, co zazwyczaj.

Zacznijmy od kwestii czysto techniczno-logistycznych. Choć Jay Gordon i reszta nad nowym materiałem pracowali przez ponad sześć lat (pierwsze wieści o reaktywacji pojawiły się w okolicach 2009 roku) a w procesie odwołali niejeden koncert gdyż "studio nas potrzebuje", Talk Sick (rozumiecie? gra słów godna Monty Pythona) to EPka. Siedem utworów, w tym jeden remiks. Dwadzieścia pięć minut muzyki. W sumie trudno się dziwić. Jay Gordon to nie gwiazda pokroju Gavina Rossdale'a czy Chrisa Cornell'a i pewnie trudno wysupłać mu gotówkę na eksperymenty muzyczne. Tym bardziej, że entuzjazm fanów był łagodnie mówiąc umiarkowany - wszystkie próby panów z Orgy mające na celu uzbieranie pieniędzy spełzły na niczym. Ich pierwszy crowdfunding na IndieGoGo uzbierał niecałe dziesięć tysięcy dolarów z wyznaczonych stu tysięcy, a późniejsze próby nie poszły dużo lepiej. Nawet facet zbierający na sałatkę ziemniaczaną miał na kickstarterze lepszy wynik. Z jednej strony trzeba pogratulować chłopakom samozaparcia i determinacji. Z drugiej natomiast musimy zadać sobie pytanie czy było warto, i dlaczego jednak nie.

Artistecard.com
Talk Sick jest złe. Złe teksty, złe rymy, złe melodie. Oferowane przez Gordona brzmienie to dziwny mariaż muzyki klubowej i nu metalu, z dużym naciskiem na to pierwsze. Samo w sobie nie byłoby to takie okropne, ale mamy tutaj do czynienia z chamską, łopatologiczną techno dyskotekówą z wepchniętymi gdzieniegdzie rzężącymi gitarami. Monotonia, rytm na raz, zero progresji, no i syreny. Syreny! Jak na wiejskiej potańcówce. Come Back jest tutaj złotym przykładem bardzo nieudolnego łączenia gatunków.

Teksty wpisują się w ten sam schemat rubasznej imprezy. Gordon, który kiedyś wyśpiewał takie rodzynki jak Stitches czy Eva raczy nas dzisiaj opowieściami o tym, jak rządzi na parkiecie i wyrywa wszystkie foczki w klubie. Oczywiście foczki mroczne i wytatuowane, bo to przecież neo-goth-noirr. Polecam tutaj utwór Suck it, który uwodzi rymami subtelnymi niczym nurkujący messerschmitt.

Przed kosą ratują się tylko Wide Awake and Dead i Spells. Ten pierwszy opisywałem już rok temu i podtrzymuję opinię, jakoby był to jeden z najlepszych utworów wydanych przez Orgy. W perspektywie pozostałych kawałków jestem natomiast pewien, że napisał go dla Gordona ktoś z zewnątrz. Człowiek tworzący tak mizerne brzmienia nie byłby w stanie spłodzić czegoś takiego. Spells to z kolei jedyny przypadek na całej EPce, kiedy techniawkę faktycznie dobrze zbalansowano z rockiem. Monotonna, umcykująca zwrotka bardzo ładnie przechodzi w płynący, przebojowy refren, a całość pozytywnie przywołuje wspomnienia świetności zespołu. Cała reszta to kałuża.

Podsumowując, radzę nie dotykać Talk Sick, nawet metrowym kijem. Chwila nieuwagi i można się rozchorować (badum-tsh).

19 września 2015

Zbankrutowana Brzoskwinia ~ Phoenix ~ Bankrupt!

Lato już prawie za nami, a tutaj cisza. Trochę nie miałem czasu, bo co chwila rozjazdy, praca i nauka. Trochę lenistwo, bo w Krakowie niemal codziennie 30 stopni i absolutny brak wiatru. Przy takiej aurze nie da się konstruować zdań wielokrotnie złożonych. Po części natomiast absolutna posucha - w czasie wakacji wyszła raptem jedna epka która wzbudziła moje zainteresowanie, ale o tym następnym razem. Na pożegnanie upałów przybliżę wam zespół o którym nie miałem pojęcia, a który ponoć wszyscy inni doskonale znają. Mam nadzieję, że jednak nie, bo byłby przypał.

Phoenix, bo o nich mowa, są grupą kolegów z Wersalu, którzy począwszy od roku 1999 próbują podbijać świat mieszanką popu, lekkiego rocka i francuskiego elektro (jak wszyscy wiemy, noworodkom we francji codziennie puszcza się Oxygene Jean Michel-Jarre'a. Elektro mają we krwi. Francuskie elektro). Podczas pierwszej dekady XXI wieku fama o nich zasadniczo nie wychodziła poza granice Francji. W świat poszybował jedynie jeden z ich singli, wetknięty do ścieżki dźwiękowej Lost in Translation Sofii Coppoli ( Która to Sofia kilka lat później wyszła za mąż za frontmana Phoenix, Thomasa Marsa. Przypadek? Nie sądzę). Przełom nastąpił w 2009 roku, gdy panowie wydali album Wolfgang Amadeus Mozart, z singlami 1901 i Lisztomania. Wersalczycy wspięli się nimi na szczyt list przebojów nie tylko we Francji, ale i w pozostałych państwach Europy i w USA. Zdobyli Grammy za najlepszy album alternatywny i grali w niemal każdym znaczącym wieczornym programie amerykańskiej ramówki (dlatego właśnie trochę przypał, że w sumie o nich nie słyszałem aż do niedawna). Krytycy chwalili WAM za rześkie i lekkie brzmienie, doskonale balansujące pomiędzy rockiem a muzyką taneczną. Zgadzam się w zupełności - single nadają się tak do tańca, jak i kanapowego zwałowania czy jazdy samochodem.

W obliczu mainstreamowego sukcesu Thomas i spółka stwierdzili, że umościli się na rynku na tyle dobrze by spróbować czegoś nieco bardziej ambitnego i eksperymentalnego. Tym sposobem dochodzimy do Bankrupt!. Wydany w 2013 roku krążek ze stylową brzoskwinią na okładce (a może to nektarynka? Po Francuzach można spodziewać się wszystkiego) miał być komentarzem i kontrą na obecny rynek, traktujący muzykę jako rzemieślniczy produkt bez duszy.



Album zaczyna się od wybuchu. Entertainment wita nas orientalną melodyjką i rzężeniem przesterowanych gitar. Następnie dochodzi jękliwy, delikatny głos Thomasa i na wskroś francuskie klawisze (ja naprawdę nie wiem skąd oni to biorą). Kawałek doskonale podsumowuje wszystko, za co  Phoenix zyskał tak duże uznanie poprzednim albumem. Thomas stosuje nawet podobne zabawy z tempem i rytmem, które nie pozwalają znudzić melodii. The Real Thing to więcej rzężenia, tym razem syntezatorów i mocny, soczysty bit. nie można tutaj mówić o monotonii - zwrotki i refreny to wyraźnie odmienne melodie i rytmy, posklejane w 3,5 minutową całość. Pojawia się tu jednak problem, który staje się regułą na przestrzeni całego albumu - budowanie napięcia.

Niejednokrotnie podczas słuchania zdarzało mi się wypaść z rytmu. Kiedy czuję, że piosenka powinna zbliżać się ku kulminacji, ta się łamie w pół i zwalnia. Kiedy wszystko zapowiada przebojowy refren, Thomas wpada w monotonną deklamację. Przypuszczam, że to działanie celowe - koledzy z Phoenix w końcu postanowili stworzyć album popowy łamiący popowe prawidła. Nie zmienia to jednak faktu, że podczas słuchania niejednokrotnie czułem, jakbym się potknął i wywalił na nos.

Męczą też szumy. Podczas gdy WAP cieszył przejrzystą produkcją i wyrazistym brzmieniem, Bankrupt pełen jest szumów i przesteru. Gitary się rozlewają i zlewają, zakrywając często wokal. Elektronika, choć stylowa i nawiązująca do klimatów lat 80-tych (a jakże) potraktowana została tym samym kijem - dźwięki są jak przepuszczone przez młyn, charczące i jakieś takie przytłumione. Bardzo dziwnie kontrastuje to z głosem Thomasa Marsa. Jego delikatny i spokojny głos często z trudem przebija się przez ścianę instrumentalizacji. Trochę szkoda, bo pod przykryciem eksperymentów producenckich i strukturalnych kryje się w zasadzie bardzo solidny, tradycyjny pop. Trying to be cool, Drakkar Noir czy Don't to ewidentne laurki dla dyskotekowej muzyki zeszłego wieku.

Nie do końca rozumiem, do kogo skierowany jest ten album. Phoenix chcieli stworzyć coś wyjątkowego i umykającego kategoryzacji, ale zabrakło im mocy twórczej aby oderwać się od swoich korzeni. W efekcie otrzymaliśmy hybrydę leżącą gdzieś pomiędzy światami, a nie pasującą do żadnego z nich. Jako ciekawostkę fonograficzną można tego doświadczyć ale wątpię, czy Bankrupt! będzie często gościł w moich słuchawkach.

13 czerwca 2015

Coś na lato ~ Twin Forks ~ LP

Za oknem 35 stopni, w środku jedynie jakieś 28. Muszę jakoś wysiedzieć aż aura na zewnątrz stanie się znośna, więc czemu nie nowa recenzja? Wakacje za pasem, przydałoby się polecić coś lżejszego, co będzie dobrze brzmiało w drodze nad jezioro/morze/Pustynię błędowską.

Chris Carraba jest wokalistą znanym głównie z dwóch aktów: Dashboard Confessional i Further Seems Forever. Obydwie kapele w stylu pop rocka/emo, zdobyły w scenie całkiem sporą popularność, głównie ze względu na delikatny, czuły głos Carraby i przystępne melodie. Bardzo polecam albumy Dusk and Summer, Shade of Poison Trees, czy Penny Black. Nie jest to nic szczególnego czy odkrywczego, zwyczajnie przyjemnie się tego słucha. Latka lecą, i Chris postanowił porzucić rockowe korzenie i zwrócić się w stronę klimatów odmiennych. Niektórzy muzycy w obliczu kryzysu wieku średniego zaczynają malować, inni hodują winogrona. Chris Carraba postanowił grać folk.

Źródło: reybee.com
Pierwszy, i jak dotąd jedyny pełen album Twin Forks zatytułowany jest zwyczajnie LP. Carraba, w towarzystwie czwórki muzyków wyposażonych w brody, kapelusze po dziadku i zwiewne sukienki (w przypadku elementu damskiego) proponuje nam szereg prostych, akustycznych melodii. Są tutaj gitary akustyczne, tamburyny, mandoliny, skrzypce etc.. Wszyscy klaszczą, tupią i pokrzykują z offu. Instrumentalizacja się więc zgadza. nieco gorzej z brzmieniem. Nie znam się co prawda na country czy amerykańskim folku, osłuchany jestem natomiast z amerykańskim popem i czuję nosem, że Twin Forks to pop właśnie, choć pop bardzo dobry i przebojowy. Nawet najbardziej zgrzebne akustyki i solówki na grzebieniu nie są w stanie ukryć, że chwyty i progresja melodii piosenek Carraby mają więcej wspólnego z Mtv niż z ubrudzonym rolnikiem z Teksasu. Niekoniecznie jest to ujma. Cytując starą reklamę Lego, "what it is, is beautiful". Carrabie udało się stworzyć album uroczy, lekki, miejscami może nawet wzruszający. Świetnie się tego słucha w drodze do pracy, zwałując na kanapie, czy łażąc po lesie (wszystkie opcje sprawdziłem, atestuję).

Źródło: grizzleemartin.com
Już w poprzednich projektach Carraba dał znać o swojej umiejętności pisania dobrych tekstów o miłości. Twin Forks to same teksty o miłości, i to takiej miłości i to takiej w sianie, na farmie dziadka. Bardzo łopatologiczne, nieco naiwne, ale na tyle bezpośrednie, by nie zajeżdżały kiczem. "Scraping up the Pieces", "Cross my Mind", "Something we just Know" to małe klejnoty, które na stałe wejdą na moją plejlistę. Świetnie się tego słucha i pewnie śpiewa przy ognisku (jeszcze nie sprawdzałem, nie atestuję).

Podsumowując, gorąco polecam. LP stworzone zostało, by go słuchać w lecie, nad jeziorem, podczas pieszych wycieczek i buszowania w zbożu. Tym bardziej mi żal, że jako dorosły, odpowiedzialny człowiek nie mam już wakacji i muszę zasuwać całe lato w biurze. Uważajcie ino bo jeszcze tak się wkręcicie, że wyciągniecie z szafy kapelusz po dziadku / kwiecistą sukienkę po babci. A wtedy to już tylko jechać na OFFa.

2 czerwca 2015

Powrót do korzeni ~ Everclear ~ Black is the New Black

Źródło: Theendrecords.com
Everclear od dawna ma u mnie od dawna plakietkę pod tytułem "Zespół z piosenką na każdy moment". Śpiewali o rozstaniach, o nienawiści, o braku pieniędzy, o miłości i o czym tam jeszcze byście chcieli. Kapela działa już od ponad 20 lat, choć jedynym stałym członkiem jest Art Alexakis. Ich brzmienie drzewiej określano "Cowpunkiem", że niby łączyli ze sobą punka i ciężkie gitarowe granie z countrowym zawodzeniem i południowo amerykańską stylistyką. Coś niby w tym było, choć to określenie dużo bardziej pasowało mi do Kid Rocka czy Nickelback. Anyway. Black is the new Black jest drugim albumem z odświeżonym składem. Poprzednie Invisible Stars było wielkim rozczarowaniem - album okazał się krótki, bez polotu, o brzmieniu wtórnym, zakrawającym o auto plagiat. Dlatego też do BB podszedłem z bardzo, bardzo dużym dystansem.

Zupełnie niepotrzebnie. Black is the new Black to 11 przebojowych, zaskakująco ciężkich kawałków, które swą stylistyką zachęcają do nostalgicznej podróży do pierwszej połowy lat 90-tych, czasów World of Noise i Sparkle and Fade. Piosenki są powolne, melodie proste, a gitary rzężące. A to wszystko unurzane w tej charakterystycznej, Alexakisowej manierze, łączącej hard rocka z punkiem. "The man who broke his own heart" jest niemalże prostackie w swej budowie, ale to nie szkodzi. Gdzieniegdzie promienieją nieco bardziej popowe, durowe wstawki, które w przyjemny sposób przełamują dominującą na albumie blazę. Niczym takie promyki słońca, co się przebijają przez chmury podczas burzy. Mimo to płyta może brzmieć monotonnie - Alexakis przez lata wypracował swój styl i ani myśli odstępować od niego chociaż o krok. Wiele kawałków na krążku opartych jest na tych samych patentach, a nieuważny słuchacz może nie zwrócić uwagi kiedy kończy, a kiedy zaczyna się kolejna piosenka. Teksty, z drugiej strony, to zupełnie inna historia.

Źródło: media.al.com

Art Alexakis, proszę państwa, swoimi doświadczeniami i życiorysem przebija niejedną udręczoną gwiazdę rocka. Członek rozbitej rodziny, narkoman, z powodu problemów finansowych matki dorastał w najgorszych dzielnicach. Narkotyki odebrały mu brata. Furiat, niejednokrotnie trafiał na odwyk i terapie walczenia z gniewem. Wszystkie te epizody, przeżycia, emocje zawarte są w jego muzyce. Jestem niemalże pewien, że Everclear było jego metodą na radzenie sobie z przeszłością i fobiami. "Father of mine", "White men in black suits", "Otis Redding" i wiele innych piosenek jest powiązanych niezwykle osobistymi, bezpośrednimi tekstami które zwyczajnie chwytają za serce. Za teksty właśnie mam do Alexakisa niezwykły szacunek. Pomimo zrąbanej przeszłości i okropnych doświadczeń potrafił odnaleźć w sobie pozytywną energię i dzielić się nią z innymi ludźmi. Połączenie ciężkich tekstów z bardzo ciepłym, opanowanym głosem Art'a sprawia piorunujące wrażenie. na BB piosenki są również bardzo osobiste. "Complacent" to dotykająca laurka-przeprosiny za ataki gniewu, "Simple and Plain" z kolei wspomnieniem dzieciństwa. Oczywiście, wokalista nie ma już 20 lat i jego opowieści nie są już tak barwne, ale nadal utrzymują klimat.

Trudno napisać coś więcej. Jak przyznaje sam Alexakis, on sam i jego muzyka są prostolinijne i łopatologiczne. Dla wieloletniego fana Everclear Black is the new Black będzie po prostu kolejną porcją Evercleara właśnie. Nie tak przebojową jak kiedyś, nieco wtórną, ale nadal trzymającą profesjonalny poziom. Dla nowicjuszy natomiast może być to okazja do zaznajomienia się z bardzo oryginalnym rockowym aktem przełomu wieków, który w Polsce nie zdobył nigdy wielkiej popularności.

31 maja 2015

Node ~ Po tej ciekawszej stronie syntezatorów


Źródło: Nickcave.com
Już nieco osiadłem w Krakowie, czas więc powrócić do pisania i kolejnych recenzji. Na zaostrzenie apetytu mam dla was perełkę, o której istnieniu dowiedziałem się dzięki rewelacyjnemu dokumentowi "I Dream of Wires".

Flood, brytyjski producent znany z rzeźbienia albumów gwiazd pokroju U2, Depeche Mode, Smashing Pumpkins czy Nine Inch Nails, w latach 90-tych ubiegłego wieku wsławił się w społeczności elektro muzycznej próbą wprowadzenia syntezatorów w przestrzeń publiczną. Zadaniem Node było przypomnienie muzycznemu światkowi, że syntezatory to coś więcej, niż zwykłe organki plumkające w popowych melodiach.

Na zachętę dodam, że panowie w zeszłym roku wydali nowy (drugi!) album, więc warto poświęcić im nieco czasu.

14 maja 2015

Mroczna, norweska baśń: Seigmen ~ Enola


Nie wiem jak wy, ale ja absolutnie uwielbiam muzykę z krajów skandynawskich. Bez względu, czy jest to pop, czy elektronika, rock czy metal - jest przesiąknięta specyficzną stylistyką i emocjami. Przykłady mogę wymieniać bardzo długo: Solar Fields, Sigur Ros, Amiina, Mum, Iamamiwhoami, Bjork, Cardigans, Hives... Dzisiaj opowiem nieco o Seigmen, bardzo charakterystycznej kapeli z norweskim rodowodem, która w ostatnim czasie postanowiła przypomnieć o sobie po 15 latach zimowego snu.

W Norwegii Seigmen posiadają status analogiczny do naszego Illusion czy Kultu. Zaczynali pod koniec lat 80. i szybko wspięli się na szczyt popularności, korzystając z mody na mainstreamowe, ciężkie granie. Z początku przesterowani i nieokrzesani, świetnie wpisywali się  grunge'ową stylistykę. Albumy Metropolis (1995) i Radiowaves (1997) przez długi czas trzymały się na 1. miejscu norweskich list przebojów. Z czasem jednak zaczęli mocno eksperymentować ze swoim brzmieniem. Po lekkim przetasowaniu składu panowie w 1999 roku przemianowali zespół na Zeromancer i rzucili się w gotycką, elektro - rockową scenę. Nie udało im się utrzymać tak dużej popularności, ale nie przeszkodziło im to w wydaniu 6. albumów. Ostatni, Bye Bye Borderline, ukazał się w 2013 roku. W połączeniu z solową działalnością Kima Ljunga, basisty, wokalisty i głównego mózgu zespołu, chłopaki w trakcie trwającej ćwierć wieku kariery wypuścili ponad 20 albumów. W ostatnim czasie natomiast poskładali do kupy stary skład i uraczyli nas Enolą, 6. studyjnym krążkiem sygnowanym nazwą Seigmen.

Źródło: Wimp.no; Zdjęcie wykonane przez Bjorn Opsahl
Niestety nie znam norweskiego, więc nie przeanalizuję tekstów. Mogę natomiast stwierdzić, że Enola brzmi absolutnie bajecznie. Kim Ljung ma niesamowitą zdolność do pisania mrocznych, ciężkich melodii i przebojowych, chwytliwych refrenów. Nie jest to co prawda ten sam poziom przystępności co Zeromancer, jednak nie da się tych piosenek pomylić z kimkolwiek innym. Chrobot i wycie przesterowanych gitar przechodzą w powolne, melancholijne arpeggia. Alex Moklebust, (fenomenalny główny wokalista) krzyczy na całe gardło, by po chwili słodko szeptać do mikrofonu. Płyta w całej swej długości i rozwiązłości jest bardzo zróżnicowania emocjonalnie, nawet na przestrzeni pojedynczych utworów. Całość, głównie dzięki sprytnemu zastosowaniu smyczków i wspomnianych wyżej gitarowych arpeggiów sprawia, że Enola w wielu miejscach brzmi jak podkład do jakiejś mrocznej, gotyckiej baśni.

Żródło: musikknyheter.no
Z drugiej strony pamiętać trzeba, że nie mamy tutaj do czynienia z jakąś muzyczną wirtuozerią. Nie ma tu żadnych zabaw z rytmem, czy skomplikowanych gitarowych solówek. Przeszkadzać może też techniczna monotonia niektórych utworów. Choć skomponowane są bardzo smakowicie, to co poniektóre zagrywki niejednokrotnie się powtarzają. Nie przeszkadzało mi to jednak prawie wcale, bo Norwedzy budują niesamowita atmosferę i na tym opierają swoją muzykę. 

Moje skromne ucho najbardziej wypieściły "Trost" (rozbrzmiewa tutaj lekka inspiracja bardziej lirycznymi kawałkami Tool'a), "Utopia i mine armer" (oczywisty singiel) i "I mitt hus" (boski refren). Zabłąkała się tutaj nawet ballada pod tytułem "Tenn alle lys", w sam raz dla tych, którzy szukają czegoś delikatniejszego.

Enola jest bardzo solidnym comeback albumem. Nawet jeśli nie przepadasz za klimatami mrocznego, alternatywnego rocka, warto go przesłuchać. Choćby po to, żeby poznać co jest popularne w innych krajach Europy. Kim Ljung ma masę doświadczenia w tym biznesie i można być pewnym, że usłyszymy o nim jeszcze nie raz.

16 kwietnia 2015

Death Cab for Cutie - Kintsugi

Pamiętacie, jakieś 10 lat temu światem (przynajmniej tym zachodnim) zawładnęła moda na indie. Co bardziej zaprzyjaźnieni z internetem mogą nawet pamiętać naszego rodzimego mema z Hubertem Urbańskim w roli głównej i hasłem "Nie wiesz jak otagować? Jebnij indie!". W tych pięknych czasach młodości i nocek zarywanych przy Guild Warsach czy innym WoW'ie swoją popularność zyskał Benjamin Gibbard i jego smutno-rockowe dziecko Death Cab for Cutie. Translatanticism i sideproject Gibbarda o nazwie The Postal Service stały się podręcznikiem pisania depresyjnych, leciutko punkowych melodii dla całej gamy muzycznych podlotków próbujących załapać się na alternatywny autobus. dekadę później DCfC nadal trzyma się prężnie, i choć zgubili po drodze jednego członka, w regularnych odstępach czasu raczą nas nowym materiałem, a sam Gibbard nie pozwala odstawić siebie na półkę.

Poprzedni album DCfC, Codes and Keys przyjąłem z bardzo mieszanym uczuciem. Gibbard wyraźnie odszedł od smutnych, depresyjnych klimatów, optując za dużo bardziej elektronicznym, eksperymentalnym brzmieniem. Krążek spotkał się z mocno negatywną reakcją ze strony fanów, co najwyraźniej zapaliło w głowie Gibbarda małą, płaczącą żarówkę. Kintsugi miało być powrotem do źródeł, a w ramach inspiracji Benjamin rozstał się nawet z Zooey Deschanel, co by mu się łatwiej pisało ckliwe ballady. Co z tego wyszło?

Zakalec wyszedł, ot co. Otwierające "No Room in Frame" i "Black Sun" budują nadzieję na nieco pazura, na to słodkie połączenie anemicznego głosu z dynamicznym, rockowym rytmem. "The Ghost of Beverly Drive" jest pod tym względem absolutnym faworytem i budzi skojarzenia z najlepszymi momentami zespołu. Niestety, "Little Wanderer" sprowadza album do emocjonalnego parteru, a następujące piosenki nie pozwalają mu się z tego parteru podnieść. Trzy następujące po sobie kawałki są absolutnie nudne, nijakie i płaskie. Rozumiem, że Kintsugi jest break-up albumem, ale twórczość Gibbarda będzie niestrawna nawet dla najbardziej zatwardziałego Wertera. Wokal jest jednostajny, zmęczony. Nudny to słowo klucz. Gibbard wykazuje tutaj poziom zaangażowania porównywalny do ucznia gapiącego się przez okno, wyczekującego dzwonka na przerwę. "Ingenue" jest rewelacyjnym przykładem. Wokalista stwierdził, że wstawienie bełkotliwego, monotonnego zawodzenia w tło jest wspaniałym zabiegiem stylistycznym. Nie jest.

Rzecz jasna, mamy jeszcze teksty. Moc piosenek jest o byłej małżonce. W dużym skrócie, Gibbard robi Deschanel wyrzuty, że ta woli karierę aktorską od niego. Na dokładkę mamy teledysk do "Black Sun", gdzie biedny kaskader musi powtarzać bolesną scenę a śliczna, niedostępna bohaterka stoi z boku i przygląda się wszystkiemu niewzruszona. Żal.

W zasadzie to cały album jest nijaki. Wiele piosenek brzmi jak odrzuty z nocnych, sypialnianych sesji z gitarą akustyczną. Takie brzdąkanie na pewno ma sporą wartość katartyczną, ale sprzedawanie tego za pieniądze jest co najmniej niesmaczne. Podsumowując, nie polecam. Gibbard udaje, że potrafi grać tak jak kiedyś, ale to tylko pozory. Dużo, dużo lepiej odnajduje się dzisiaj w eksperymentach znanych z Codes and Keys, i właśnie tego albumu powinniście słuchać. A już naj najlepiej posłuchajcie You Can Play These Songs With Chords. Ja właśnie zaraz to zrobię.

7 kwietnia 2015

Zammuto - Anchor


Z powrotem w Polsce, z powrotem na lodzie, ale drążymy dalej. W kolejce czeka kilka recenzji, a nowe LP od Death Cab for Cutie błaga o przesłuchanie. Wszystko jednak w swoim czasie.

W moim osobistym rankingu najlepszych/najbardziej wpływowych zespołów wszech czasów bardzo wysoką pozycję zajmują The Books. Nowojorski duet Nicka Zammuto i Paula de Jonga rozpalał moją wyobraźnię do czerwoności. Serwowana przez panów mieszanka rocka, elektroniki i całej gamy najróżniejszych, z pozoru bezwartościowych sampli stała się ścieżką dźwiękową niemal całego mojego akademickiego życia. Jeśli ich nie słuchałeś, zrób to jak najszybciej - trudno znaleźć muzykę o tak olbrzymim ładunku emocjonalnym, tak ociekającą kreatywnością. Siła The Books tkwiła przede wszystkim w wymienionych wyżej samplach, które de Jong nagrywał, zbierał i katalogował z wręcz pedantycznym zaangażowaniem.

Niestety nic nie trwa wiecznie, i kiedy de Jong postanowił zebrać swoje zabawki i pójść do domu, Zammuto stanął w obliczu bardzo trudnego zadania: Utrzymać książkowe brzmienie mając dostęp wyłącznie do żywych instrumentów i syntezatorów. Efektem jest właśnie niniejszy projekt.

Kiedyś, dawno temu w roku pańskim 2009 przeczytałem w recenzji booksowego The Way Out, że Nick Zammuto z każdym kolejnym albumem stara się budować na szkielecie swoich pierwszych płyt, nigdy nie porzucając pewnej esencji, źródła całego brzmienia. Tak jest i tutaj. Pomimo 15 lat doświadczenia scenicznego, przetasowań w składzie i innej instrumentalizacji, w Anchor nadal słychać The Books. Jest to twór dużo mniej eksperymentalny, bardziej popowy i organiczny, ale nadal nie do pomylenia z czymkolwiek innym. W zasadzie mogę śmiało stwierdzić, że jest to pierwsza próba Nicka Zammuto w napisaniu płyty ściśle popowej. Dla osób zaznajomionych z jego wcześniejszą twórczością może to brzmieć (całkiem słusznie) dosyć kuriozalnie.

Z początku dysonans pomiędzy charakterystyczną dla Zammuto awangardą a nieśmiałymi próbami pisania popowych piosenek był dla mnie bardzo rażący. Nick śpiewający zwrotki swym anemicznym głosem w rytm 4 - akordowych melodii brzmi miejscami jakby nie wiedział do końca co robi, a na płycie znalazł się zupełnie przypadkiem. Jeśli jednak pogodzimy się z nową konwencją i przyjmiemy ją jako celowy zabieg a nie wypadek przy pracy, Anchor nabiera głębi i potrafi zachwycić. Henry Lee kojąco buja do snu, a Need Some Sun budzi i nakręca soczystym, rzężącym basem. IO, choć niesamowicie niezręczny swym klimatem Gliniarza z Beverly Hills, potrafi porwać do tańca. Przejażdżkę zamyka melancholijne, introwertyczne Your Time. Pasuje to wszystko do siebie jak pięść do nosa, a brzmienie i tematyka poszczególnych utworów są rozstrzelone po całym spektrum gatunkowym i emocjonalnym. Mimo to, wymienione wyżej serce i szkielet Nicka Zammuto trzyma to wszystko w kupie i całość brzmi zaskakująco spójnie. Mało tego, brzmi bardzo dobrze i pozostaje w głowie na długi czas.

Dla nowicjusza Anchor jest bez wątpienia najbardziej przystępnym albumem w dorobku Nicka Zammuto. Zatwardziali fani zapewne krzywią się na wyjątkowo konserwatywne podejście do konstruowania melodii, ale nie da się zadowolić wszystkich. Jeśli nie znasz Nicka, jest to najlepsze miejsce, żeby zacząć. Ja jednak żyję nadzieją na nieco więcej minimalistycznej awangardy na kształt Lemon of Pink.

17 marca 2015

FourFiveSeconds - Można? Można.

Jestem absolutnie zachwycony. Trafiłem na ostatni singiel Rihanny zupełnie przypadkiem. Nie słucham jej, nie śledzę, uważam większość jej pracy za pracę właśnie - wyrobnictwo, manufakturę. Tym większe było moje zdziwienie, gdy zobaczyłem i usłyszałem FourFiveSeconds.

FourFiveSeconds jest istnym wehikułem czasu do lat 90-tych, gdy R&B było prostsze i czystsze. Gdy pierwszy raz usłyszałem ten kawałek, przed oczyma stanęła mi Whitney Houston, choć oczywiście to zupełnie inna liga. Wiecie co jest najlepsze? To wcale nie brzmi źle. Wręcz przeciwnie. W porównaniu z pozostałą twórczością Rihanny surowość FFS brzmi dostojnie i wysublimowanie, jest niezwykle osobista. Zaangażowani w produkcję (a było tego 9 osób. 9 osób pisało 3-minutową piosenkę) pokazali, że nie ma żadnego wstydu sięgać do korzeni muzyki popularnej, że pierwszoligowy pop nie musi być naładowany elektroniką i plastikiem. Nie przeszkadza nawet wiecznie obrażony wzrok Kanye West'a. Mam ogromną nadzieję, że to początek nowego trendu. Oba kciuki w górę - posłuchajcie.

14 marca 2015

IAMAMIWHOAMI - Blue

Powróćmy na chwilę do alternatywnego popu, ale tylko na chwilę. Przejadły już mi się nieco syntezatory i moje uszy wołają o coś bardziej namacalnego. Wszystko w swoim czasie. Zaczynając od Imogen Heap skakałem sobie w ostatnich tygodniach z kwiatka na kwiatek, szukając aktów w podobnych brzmieniach tudzież klimatach. Najpierw natrafiłem na Kate Havnevik, ale to niestety plagiat koszmarny (w szczególności ostatnia płyta). Drugim strzałem, tym razem dużo bardziej intrygującym, było właśnie IAMAMIWHOAMI. Fajna nazwa? To dopiero początek.

Za IAMAMIWHOAMI kryje się, jak to zwykle w tych przypadkach bywa, para muzyków: Jonna Lee oraz Claes Bjorklund. Obydwoje ze Szwecji. Od trzech lat próbują zdobywać świat specyficznym mariażem muzyki elektronicznej i sztuk wizualnych, i to z całkiem dobrym skutkiem. IAMAMAIWHOAMI mają na swoim koncie kilka nagród Grammi (nie Grammy, Grammi), BBC i MTV 0, tak więc najwyraźniej nie jest to pierwsza lepsza banda z konkursu piosenki turystycznej.

Bohater dzisiejszego odcinka, Blue, jest trzecim w serii bliżej nieokreślonej narracji fabularnej, zapoczątkowanej w 2012 roku albumem Kin. Mamy tutaj 10 utworów w klimatach mocno kojarzących się z retropopem w wykonaniu M83 i new age'em pokroju Enyi - chórki, głębokie echa na wokalu, rozmyte, plumkające arpeggia i wszystko inne co sprawia, że mimowolnie wspominasz tego włochatego smoka z Niekończącej się Opowieści. Myk polega na tym, że na przestrzeni całego Blue Jonna bardzo konsekwentnie brnie w morską stylistykę. Utwory są spokojne, bujające, wciągają pod wodę i usypiają. Bardzo mi się to spodobało - lubię albumy o spójnym brzmieniu.

Godnym wzmianki jest także sam głos Pani Lee. Co prawda wszystkie teksty są po angielsku, jednak nordycki akcent wokalistki sprawia, że niejednokrotnie zastanawiałem się czy w teksty nie są wplatane norweskie słówka. Nie są, ale mimo to śpiew niejednokrotnie sprawia wrażenie jakichś dziwnym, mitycznych inkantacji. A skoro już przy głosie jesteśmy, muszę wspomnieć. Jenna Lee bardzo, bardzo próbuje stylizować się na Fever Ray, ale daleka jeszcze przed nią droga.

Całość wypada bardzo zgrabnie, a gdzieniegdzie trafi się nawet mały przebój (w tej roli absolutnie Hunting for Pearls i Vista). W ogólnej perspektywie nie jest to jednak nic szczególnie odkrywczego. W Blue muzycy zdecydowali się na dużo bardziej popowe podejście niż na poprzednich albumach i niestety nie wyszło im to na dobre. Może i strasznie trudno się ich słuchało, jednak Kin i Bounty intrygowały swoim surowym brzmieniem i ezoteryką. Blue jest dużo przystępniejsze, ale brzmi jak ścinki po Hurry Up, We're Dreaming od M83. Zanim jednak postawię krzyżyk, muszę wspomnieć o drugiej części albumu, czyli filmach.

Jak wspomniałem na początku, IAMAMI zajmują się także sztukami wizualnymi. Blue, jak i pozostałe dwa albumy artystów, posiadają swoje filmowe odpowiedniki. Do każdego utworu jest przypisany teledysk (dostępny za free na koncie YT), które wszystkie razem stanowią fabularną całość. Nie mnie oceniać czy są coś warte artystycznie (a że próbują być artystyczne widać na pierwszy rzut oka). Z pewnością pomagają jednak wejść w świat kreowany przez Lee i jej towarzysza, są wręcz fenomenalnie wyprodukowane. W epoce, kiedy sztuka robienia teledysków w zasadzie zeszła na margines, takie zaangażowanie zasługuje przynajmniej na uśmiech uznania.

Muzycznie Blue nie jest ani zły, ani dobry. Dobrze wykonana rzemieślnicza robota z kilkoma ciekawymi elementami, które jednak nie są w stanie udźwignąć całego albumu. Jako multimedialny projekt artystyczny natomiast twórczość IAMAMI może faktycznie zaintrygować. Najlepiej spróbować samemu.


11 marca 2015

REALiTi - Odrobina dziwactwa nigdy nikogo nie skrzywdziła

Nowa recenzja już w drodze, a w międzyczasie nowy teledysk od małego dziwnego pomarańczowego cosia znanego jako Grimes. Nie jestem pewien czy podoba mi się, że Pani Boucher odchodzi od psychodelicznych klimatów, koncentrując się na przystępniejszym, popowym brzmieniu. Tak czy inaczej warto posłuchać i obejrzeć, bo Grimes to jedna z najciekawszych popowych osobowości ostatnich lat.








9 marca 2015

Ocoeur - A Parallel Life

Większość gatunków muzycznych jest w swoim brzmieniu mocno kosmopolityczna. Bardzo często słuchając rocka, jazzu czy bluesa nie jestem w stanie od razu stwierdzić, skąd przywędrowali do mnie muzycy umilający mi czas. Pierwszą, i bardzo często jedyną podpowiedzią jest głos wokalisty. I to też tylko wtedy, gdy poczuwa się w patriotycznym obowiązku śpiewać w ojczystym języku, lub ewentualnie kiedy ma koszmarny akcent. Jak to zatem jest, że elektronika wyznacza tak wyraźne granice na mapie świata?

Ocoeur to pseudonim artystyczny Francka Zaragozy, francuskiego grafika i elektronicznego kompozytora właśnie. Jego dyskografia jest na razie bardzo skromna pod względem tak kubatury jak i rozgłosu - raptem dwa pełne albumy wypuszczone pod patronatem niewielkiego, acz w niektórych krańcach internetu kultowego wydawnictwa n5MD. Jego twórczość, podobnie jak większość artystów sygnowanych logiem n5MD, koncentruje się wokół elektronicznych brzmień minimalnego, ambientowego kalibru. Tak przynajmniej myślałem z początku, gdy na stronie wydawnictwa posłuchałem zajawki A Parallel Life. Bardzo szybko przekonałem się jednak, że bycie Francuzem zobowiązuje, a Zaragoza, jakkolwiek mocno starałby się to ukryć, nosi w sobie geny Jean-Michel Jarre'a i Erica Mouquet.

A Parallel Life jest istnym koktajlem gatunkowym i instrumentalnym. Otwierając minimalnym, pełnym szumów i trzasków "Universe" Ocoeur powoli dokłada do brzmienia kolejne cegiełki, pożyczając od kolegów po fachu (tu np. Enigma, Solar Fields, Trentemoller) najlepsze, sprawdzone patenty. Brzmienie bardzo szybko nabiera ambientowej głębi i rozmachu, stroniąc jednak od spokoju i charakterystycznej, monotonnej zadumy. Gdzieniegdzie pojawiają się nawet zsamplowane smyczki i automaty perkusyjne, dodając nieco różnorodności. Na przestrzeni całego albumu niejednokrotnie pojawiają się analogowe drony, za co duży plus. Analogowa synteza to najlepsza synteza.

Biorąc pod uwagę tę całą różnorodność w inspiracjach bardzo dziwne jest to, jak bardzo francuskie jest A Parallel Life. Od samego początku miałem nieodparte wrażenie, że album jest jakąś zniekształconą wariacją na temat francuskiego new age'u i lat 90-tych. Jestem niemalże pewien, że pojawiają się tutaj te same dźwięki, z których niegdyś korzystało Deep Forest czy Enigma (choć akurat Michael Cretu jest Rumunem, ale to w sumie ten sam koszyk). Nie chodzi nawet o samą instrumentalizację. Całość unurzana jest w tej charakterystycznej, sentymentalnej atmosferze. Z drugiej strony, może to tylko ja.

Multum zapożyczeń oznacza także, że A Parallel Life prawie niczym nie zaskakuje. Zaragoza nadal szuka swojego stylu, i choć jest na dobrej drodze, to co tworzy obecnie brzmi bardzo wtórnie. Słucha się tego przyjemnie, ale niestety nie pozostaje w pamięci na dłużej. Ocoeur prezentuje duży potencjał, choć jeszcze nie potrafi go wykorzystać. Warto jednak o nim pamiętać - może następnym razem będzie lepiej?


19 lutego 2015

Frou Frou - Details

Japonia jest pięknym miejscem dla audiofila/kolekcjonera. Zakorzeniona głęboko w japońskiej duszy kultura odsprzedawania przedmiotów zużytych czy niepotrzebnych w połączeniu z równie japońską miłością do muzyki sprawia, że w samym Tokio średnio na 10 mieszkańców przypada jeden komis płytowy. I nie mówimy tutaj o komisie u pana Edzia, który zbiera zarysowane płyty z Targu Dominikańskiego, ale o piętrowych, doskonale skatalogowanych sklepach, gdzie jedyna różnica pomiędzy płytą nową a używaną jest taka, że ta druga jest sprzedawana w nie oryginalnej folii.

Moim ulubionym miejscem w takich sklepach jest zazwyczaj kosz przy kasie, gdzie wrzucane są płyty, których albo nikt nie chce, albo coś jest z nimi nie tak - może grzbiet okładki wyblakł od słońca, albo, o zgrozo, płyta ma kilka rysek. W większości przypadków sierotki te sprzedawane są po cenie minimalnej, czyli 100 jenów. Na nasze w chwili obecnej ok. 3 złote.

W tym oto koszu wstydu i niechcianej starości, wśród takich przebojów jak Backstreet Boys czy Smashmouth wygrzebałem płytę, o której kompletnie zapomniałem, a która kiedyś, dawno temu przekonała mnie, że pop nie musi być syfiasty.

Frou Frou (Hon Hon Oui Oui) było dzieckiem Guy Sigworth'a i Imogen Heap. Ten pierwszy jest kompozytorem i producentem, który przyczynił się do sukcesu takich mości jak Bjork, Seal, GMT, Kate Havnevik i wielu, wielu innych. Ghost writer i szara eminencja muzyki pop. Pani Imogen z kolei to temat na osobny artykuł. Czystej krwi Brytyjka, której zabawy z dźwiękami i możliwościami ludzkiego głosu sprawiły, że jest jedną z najbardziej charakterystycznych postaci popularnej muzyki alternatywnej ostatnich dekad. Co prawda teraz nieco bardziej niż zazwyczaj zanurzona jest w muzycznym szaleństwie i m.in. projektuje śpiewające rękawiczki, ale ja nie o tym. Nieważne.

Ważne jest to, że dwójka dzisiejszych bohaterów zeszła się pewnego dnia roku pańskiego circa 2002 i postanowiła wydać album pod tytułem Details. Zupełnie przypadkiem wyszedł im jeden z najpiękniejszych, najbardziej inspirujących kawałków muzyki jaką kiedykolwiek słuchałem.

W swoich źródłach Details to elektronika. Nie uświadczysz tu prawdziwych instrumentów. Każdy jeden dźwięk pochodzi albo z syntezatora, albo z sampla. Sigworth jednak wykorzystał dostępną mu technologię w sposób iście mistrzowski. Jego kompozycje to istna feeria dźwięków i emocji. Nie znajdziesz tutaj utożsamianej dzisiaj z elektroniką prostoty i minimalizmu. Sample brzmią organicznie, są splatane i mieszane tworząc melodie chwytające za gardło. Fortepian i smyczki w połączeniu z wibrującym, syntetycznym basem i jungle'ową perkusją? Proszę bardzo. Samplowane, zapętlone głosy i gitara akustyczna? Jak najbardziej. Details ocieka kreatywnością i łączy brzmienia, które nie powinny współbrzmieć, a brzmią fenomenalnie. Nie zapominajmy, że jesteśmy w roku 2002, a w świadomości szerokiej publiki elektronika reprezentowana jest przez ścieżkę dźwiękową z pierwszego Matrixa.

Kiedy już oswoimy się z tym, że Sigworth próbuje w nas wmusić muzyczną kremówkę z parówką, po głowie dostajemy od Imogen i jej nietuzinkowego głosu. W następnych latach Imogen Heap da o sobie znać jako wokalistka eksperymentująca, i tutaj słychać początki jej fascynacji. Bawi się brzmieniem, modulacją. Sampluje pojedyncze słowa i dźwięki. Traktuje swój głos jak każdy inny instrument, próbując wydobyć z niego jak największą gamę dźwięków. Jednocześnie jest niesamowicie ekspresyjna i melodyjna, utrzymując kobiecą delikatność. Nadaje kompozycjom Sigwortha nieco sennego posmaku i wspaniale wpisuje się w te wszystkie misternie skrobane konstrukcje muzyczne. Lepszym wyborem mogłaby być chyba tylko Bjork, choć ta nie dorównuje Heap finezją.

Najważniejsze jest jednak to, że Details pomimo prawie 15 lat na karku nie zestarzało się ani trochę. Album nadal brzmi świeżo i inspirująco, porywa głębią dźwięku. Każda sekunda jest pedantycznie wręcz dopieszczona, a produkcja smakowicie przejrzysta. Pomysły zawarte w albumie zostały nie raz powielone, ale nic nie brzmi tak dobrze, jak oryginał. Bez względu na to, czego słuchasz, Details zasługuje na twoją uwagę. Zrób sobie mały prezent i posłuchaj jak najszybciej.


10 lutego 2015

Marilyn Manson - The Pale Emperor

Bardzo długo zbierałem się do tej recenzji. Mansona słuchałem przede wszystkim w liceum. Mechanical Animals i Holy Wood uważam za jedne z najlepszych albumów rockowych w ogóle, MA  w szczególności stawiam w tej samej kategorii co np.  Nevermind Nirvany. Zawsze miałem olbrzymi szacunek dla Briana Warnera (tak w rzeczywistości Manson ma na nazwisko) za umiejętne operowanie skandalem i prowokacją i wplatanie ich w ciężką, niezwykle popową muzykę. Lata lecą jednak nieubłaganie, gusta przekształcają i coś, co podobało się nastolatkowi, niekoniecznie musi podobać się mężczyźnie, który rejestruje się w urzędzie pracy żeby nie płacić za ewentualną hospitalizację. Sądziłem, że miejsce Mansona leży już tylko w miłych, szkolnych wspomnieniach. Wykrzesanie choć odrobiny entuzjazmu do posłuchania The Pale Emperor przyszło mi z niezwykłym trudem. Nawet po pierwszym przesłuchaniu byłem dość obojętny. Z czasem jednak zacząłem dostrzegać pewne nawiązania, stare zagrywki, charakterystyczne klimaty. The Pale Emperor to płyta bardzo skromna i nieśmiała, ukazująca swoją twarz tylko tym, którzy obdarzą ją czasem i wyrozumiałością.

Próżno tu szukać polotu i przebojowości z tzw. "popowej trylogii" (Antichrist Superstar, Mechanical Animals, Holy Wood) Mansona. próżno tu szukać przebieranek, rozbuchanych aranżacji i rzężącej elektroniki. już pierwszy utwór, "Killing Strangers" daje nam do zrozumienia, że mamy do czynienia z muzyką dużo bardziej naturalną. Brzmienie jest surowe, minimalistyczne, a głos Warnera pozbawiony efektów i jakiś taki zmęczony. Budzi skojarzenia z Eat me, Drink me, albumem wydanym w 2007 roku, niemal w całości poświęconym rozstaniu z Ditą von Teese. The Pale Emperor jest niemal równie osobisty. Powiedziałbym wręcz, że nieco zbyt osobisty. Przejrzystość większości utworów sprawia, że niejednokrotnie czułem się, jakbym przekraczał granicę prywatności pana Warnera, zaglądając mu przez ramię, kiedy gra na gitarze.


Jeśli chodzi o same kompozycje, są one ciężkie, powolne. Zawsze mroczne. Podobnie głos Mansona, toczy się niczym lokomotywa, powoli, acz jednostajnie. Raz na jakiś czas słychać przebłyski wspomnień poprzednich dekad. "The Mephistopheles of Los Angeles" buja jednostajnym rytmem na dwa, tak ulubionym przez MM. Aż chce się klaskać. skromność instrumentalizacji pozwala docenić, jak zgrabne i w gruncie rzeczy klasyczne aranżacje potrafi pisać Manson.

Pytanie tylko, czy to wystarczy. Muzyka Mansona zawsze pełniła dla mnie funkcję katartyczną. Do niczego tak się nie wrzeszczało, jak do "Angel With Scabbed Wings" czy "Rock is Dead". tPE celuje w zupełni inną stylistykę, chce osiągnąć coś zupełnie innego. To już nie jest muzyka dla sfrustrowanych nastolatków. To wyznania muzycznego wyjadacza, który już dawno pożegnał się z pierwszymi stronami gazet. Wyprane z całego tego szaleństwa i skandalu kompozycje Warnera nie porywają tak, jak kiedyś.

Pale Emperor nie trafił do mnie. Z jednej strony należy docenić, że Manson zdecydował się na wyprodukowanie czegoś tak lirycznego i obnażającego jego muzyczne zdolności - dla wielbicieli możliwość doświadczenia jego muzyki w tak bezpośredniej, prostej formie jest nie lada gratką. Z kolei tych, którzy MM kojarzą przede wszystkim z drugiej połowy lat 90-tych, brak popowego sznytu i połysku szybko zacznie nudzić.


25 stycznia 2015

Wrongchilde - Gold-Blooded

Powiem szczerze, bardzo lubię modę na tzw. retro pop. Uwielbiam M83, delikatne kobiece chórki i cyfrowe perkusje. Niektórym jednak wydaje się, że skorzystanie z określonej kolekcji sampli i skręcenie wideoklipu wypchanego odniesieniami do popkultury lat 80-tych wystarczy, żeby zaznaczyć swoją obecność na muzycznej scenie.

Mat Devine, bohater dzisiejszej recenzji, jest weteranem chicagowskiej emo sceny. Zaczynał ponad dekadę temu, zespołem Kill Hannah. Jak w przypadku większości zespołów emo sprzed 15 lat, KH oferowało przebojowe, pop punkowe brzmienie połączone z tekstami rodem z pamiętnika sfrustrowanego nastolatka. I działało to lepiej, niż dobrze. Devine miał smykałkę do pisania refrenów i chwytliwych melodii, a jego mocno androgeniczny głos dodawał całości nieco kontrowersji, tak uwielbianej przez licealną dzieciarnię.

No i minęło ponad 5 lat od ostatniego albumu KH, a Mat postanowił zrobić coś w pojedynkę, w środowisku muzycznym, które już dawno zapomniało o pop rocku. Biorąc pod uwagę doświadczenia jego kolegów po fachu naprawdę trudno się dziwić, że postanowił wysmażyć laurkę wszystkim swoim ulubionym filmom z lat 80-tych.

Gold - Blooded wręcz ocieka inspiracjami z zeszłego wieku. Brzmienie syntezatorów, struktura piosenek, chórki. Jest tutaj nawet cover "Love is a Battlefield", które w oryginale wykonała Pat Benatar (tak na wypadek gdybyś zapomniał, że jesteśmy w latach 80-tych!). Ta część albumu dopracowana jest rewelacyjnie. Devine bardzo zręcznie uchwycił klimat epoki, a aranżacje raz na jakiś czas potrafią nawet zaskoczyć jakimś niespodziewanym dźwiękiem. Elektronika jest soczysta i świetnie się jej słucha na słuchawkach. Niestety, wszystek pracy przy konsoli mikserskiej poszedł na marne, gdyż sam Devine śpiewa po prostu koszmarnie.

Pomimo 40 lat na karku, Devine nadal stara się brzmieć jak nastoletnia dziewczynka, co zwyczajnie mu nie wychodzi. Jego głos jest płaski i wyprany z wszelkich emocji. Przypuszczam, że w zamierzeniu miał być delikatny i romantyczny, liryczny wręcz.W rzeczywistości strasznie nudzi i usypia. Słychać to szczególnie w kawałku "Falling in Love (Will Kill You)", gdzie do zaśpiewania zwrotki zaproszono Gerarda Way. Krótko mówiąc, były frontman My Chemical Romance w swoich 20 sekundach dosłownie miażdży popisy wokalne Devine'a. I to nie tylko skalą głosu, ale i dynamiką i barwą. Nagle zdajesz sobie sprawę, że przecież mógłbyś słuchać czegoś zupełnie innego, dużo lepszego, gdzieś zupełnie indziej. Jeśli to cię nie odstraszy, z drugim uderzeniem przychodzi "Love is a Battlefield" właśnie, które swoim szaleńczym tempem uśpiłoby naszprycowaną kofeiną wiewiórkę. Koszmar.

Skoro jesteśmy już przy "Falling in Love[...]", to pomówmy chwilę o tekstach. Jak można się domyślić po tytule, Devine nie rozwinął się ani trochę w tej sztuce i nadal czerpie inspiracje ze starych pamiętników swojej młodszej siostry. Teksty są prostackie i naiwne. Nie potrafię uwierzyć, że facet, który w teorii mógłby mieć pełnoletnią córkę, nie ma ambicji napisać czegoś znaczącego, do zastanowienia. Dla przykładu, otwierające "Birds of Prey" opowiada o smutnych drapieżnych ptakach, które nic, tylko polują na myszy. Dlaczego? Tego nikt nie wie. Jedna linijka tekstu powtarzana jest w kółko, do znudzenia. Gdzie indziej słuchamy o tym, że wokalista kocha, a nigdy nie kochał. I że jest zmęczony. I chce uciec. I że miłość.

Oczywiście, zdarzają się perełki. "Call Me Crash" brzmi fenomenalnie. Tekst tekstem, ale pod względem sonicznym utwór jest głęboki, monumentalny. Sample dobrane są genialnie, nałożone na siebie czają się, przeplatają i wyskakują na ciebie w najmniej oczekiwanych momentach. Przebojowa rzecz. To jednak stanowczo za mało, żeby polecić ten album.

Gdyby nie głos wokalisty, Gold Blooded możnaby traktować jako stylizowaną ciekawostkę, lekką przekąskę w przerwach między poważniejszym słuchaniem. Niestety, maniera wokalna Devine'a, wynikająca z niej pretensjonalność i naiwność dla wielu będzie niestrawna. Słuchać na własną odpowiedzialność.