22 września 2014

Fink - Hard Believer

W muzycznym światku istnieją wydawnictwa, które szczególnie dbają o swój wizerunek i charakter wydawanej przez nie muzyki, jak chociażby bluesowy Blue Note, metalowy Metal Mind czy w latach 90-tych Geffen. Jednym z takich muzycznych superbohaterów jest dzisiaj Ninja Tune. Znane z uwielbienia dla alternatywnych, niezależnych klimatów, NT od lat serwuje nam muzykę niekoniecznie oszlifowaną, ale na pewno wyjątkową, próbującą zrobić z konwencjami coś nowego. Podczas ostatniej wyprawy po sklepach muzycznych moją uwagę zwróciła duża, zielona okładka z charakterystycznym logo i polską wlepką. Męski romantyzm! Gwiazda Ninja Tune! Rekomendacja Trójki, portali jazzowych i twojego szwagra! Już dawno nie kupowałem albumów w ciemno, więc Fink wygrał z Eminemem i drugą częścią Marshall Mathers (na którego też ostrzę sobie zęby).

Szybka wizyta na wiki przekazała, że Fink to w rzeczywistości Kornwalijczyk Fin Greenall, który na przestrzeni ostatnich 20 lat zajmował się całym spektrum muzyki rozrywkowej, od tanecznej elektroniki po drwala z gitarą. Jego najnowszy album, Hard Believer, zalicza się do tego drugiego gatunku. Wyobraź sobie zarośniętego, spoconego Kanadyjczyka, który po całym dniu rżnięcia sekwoi olbrzymiej siada przed swoją chatą z gitarą w ręku, butelką Daniels'a przy boku, i zaczyna śpiewać o miłości i snach nasyconych melancholią. Ot, Hard Boiled Believer. Czujesz ten klimat? To już wiesz, czym jest "męski, szorstki romantyzm".

Cały album jest mieszanką najróżniejszych stylów wywodzących się z południa Stanów Zjednoczonych. Jest tu country, jest tu blues czy soul. Gdzieniegdzie schowało się nawet nieco reggae i dubu (White Flag jest podręcznikowo dubowe i przez to wybija się stylistycznie na tle reszty albumu). Całość wyprodukowana jest iście fenomenalnie. Słychać, że Ninja Tune dba o swoich artystów i nie szczędziło pieniędzy na swojego pupila. Wszystko jest na swoim miejscu, zmiksowane ze smakiem i równowagą. Gitary są przyjemnie czyste i świdrujące, bas, choć nieco błotnisty, zwięźle podkreśla melodie. Głos pana Fina natomiast nigdy nie ginie pod efektami czy okazjonalnymi syntezatorami. Hard Believer brzmi miękko i wysmakowanie, słucha się go z przyjemnością.

Nieco gorzej jest natomiast z różnorodnością. Rozumiem, że w zamyśle cały album miał być powolny, introspektywny i nieco senny. Rozumiesz, "męski, szorstki romantyzm". Głos Fina, jak i większość melodii, toczą się ospale i monotonnie, wzbudzając poczucie zmęczenia. Zupełnie jak ten twój znajomy, który pod koniec imprezy chwyta za gitarę i próbuje grać Wonderwalla. Jednostajność i monotonia mogą być ciekawym zabiegiem stylistycznym, jeśli ogranicza się tylko do jednego z elementów muzyki. Budowanie na tej bazie całego albumu już nie do końca. Nie znaczy to jednak, że panowie nie potrafią grać. Z czasem album nabiera tempa i w ostatnich utworach wzbija się w powietrze, za sprawą takich utworów, jak Looking too Closely (który jest na razie moim faworytem) oraz Too Late. Kawałki te udowadniają, że Fink mają warsztat i potrafią pisać energiczne, szybujące piosenki, tyle, że na tym albumie najwyraźniej nie za bardzo mieli na to ochotę.

Jeśli jednak jesteś w stanie przymknąć na to oko (bądź lubisz takie senne klimaty) i poświęcisz czas, by z uwagą wgryźć się w album i spróbować czegoś innego, Hard Believer wart jest twojej uwagi. Sam czuję, że bardzo się z tą płytą kiedyś zaprzyjaźnię.

2 września 2014

AFI - Burials


Dotychczas do recenzji wybierałem albumy, który w ten lub inny sposób wydały mi się interesujące bądź oryginalne. Starą, żydowską prawdą jest, że najłatwiej mówi się o rzeczach, które się uwielbia lub nienawidzi. A co z tworami, które nie są w stanie wzbudzić w tobie silniejszych emocji? Tym razem, dla odmiany, biorę na klatę wyzwanie napisania czegoś ciekawego o płycie, która jest otępiająco nijaka.

AFI (A Fire Inside) są weteranami kalifornijskiej sceny punkrockowej, grającymi od prawie 25 lat. Nigdy nie osiągnęli takiej pozycji, jak Offspring czy Rancid, jednak charakterystyczny, lekko kobiecy głos wokalisty Davey Havok'a (niestety jest to tylko pseudonim, a szkoda) i obrzydliwie szybkie tempo większości wczesnych kompozycji pozwoliło AFI urządzić sobie wygodne miejsce na muzycznej scenie i utrzymać niewielką, acz bardzo oddaną społeczność fanów. Do mainstreamu przebili się dopiero w okolicach roku 2005, na fali popularności emo i smutnego pop punku. Sing the Sorrow i Decemberunderground są bez wątpienia ich najbardziej rozpoznawanymi albumami w dyskografi, zaś "Miss Murder" z tego drugiego leciało bez końca nawet w polskiej telewizji muzycznej. Wtedy też zespół powoli zaczął odcinać się od swoich hardkorowych, punkowych korzeni.

Niestety, moda na smutny pop punk minęła równie szybko, co się pojawiła, i panowie musieli znaleźć sposób, aby pozostać na fali. Następca Decemberunderground, zatytułowany Crash Love, jest do dzisiaj jednym z moich ulubionych pop punkowych albumów. Są tam chwytliwe melodie, są hymnowe przyśpiewki, jest nieco słodkiej melancholii, którą Havok wyciska ze swojej, nieco już nie domagającej, krtani. W połączeniu z bardzo spójną stylistyką i nawiązaniami do klasyków rock n' rolla pokroju Elvisa czy Beatlesów, Crash Love, choć nie jest wybitny ani oryginalny, posiada swój charakter, i trzyma się ucha przez długie miesiące.

Dlatego też, gdy AFI zapowiedziało nowy album, byłem mocno podekscytowany. Miało być mrocznie i ciężko. Ponownie, album, tak muzycznie, jak i wizualnie, miał być przesiąknięty bardzo wyrazistą stylistyką, tym razem w klimatach okultyzmu. Zajawki publikowane przez zespół na YouTubie pełne były dziwnych symboli, dziewczyn w koszulach nocnych szlajających się po plaży, ćwieków i czarnych krzyży. Można było się spodziewać powrotu do nieco mniej okiełzanego brzmienia, choć już chyba nikt nie oczekiwał, że AFI ucieknie z mainstreamowej sceny. I co z tego wyszło?

Niestety, niewiele. Mówiąc krótko, Burials jest zwyczajnie nudne. Singlowe "I hope you suffer" i "17 crimes", choć same nie są szczególnie przebojowe, dają złudne nadzieje, że na płytce znajdziemy nieco werwy. W rzeczywistości jednak reprezentują one absolutne szczyty, które osiąga album. Havok zupełnie stracił swój głos. Naturalnie, trudno się spodziewać od 40-letniego wokalisty, aby wciąż śpiewał, a w zasadzie wrzeszczał, chłopięcym falsetem. Stara się to nadrabiać napompowaną emocjonalnie, liryczną manierą, ale niedosyt pozostaje. Pod względem brzmienia album sprawia wrażenie kubła, do którego wrzucono ścinki, które nie załapały się na poprzednie płyty zespołu. Nie wiem, jak było w rzeczywistości, ale dam głowę, że co najmniej 4 z 13 piosenek pierwotnie pojawić się miało na Crash Love. Instrumenty zmiksowane są tak, że miejscami nie da się odróżnić gitary od perkusji. Do tego stopnia, że w niektórych piosenkach da się odcyfrować wyłącznie samą dominującą melodię i wokal. Wszystkie dźwięki starannie przykryte są warstwami echa i reverbów, i są zwyczajnie stłumione i niewyraźne.


Łatwo zatem można się domyślić, że jedyny utwór, który autentycznie zwrócił moją uwagę i którego nadal od czasu do czasu słucham, nie ma absolutnie nic wspólnego ze stylistyką reszty albumu. "Wild" jest dziwną mieszaniną reprezentacyjnych zagrywek AFI, maniery a' la Joy Division i cold wave, z domieszką klawiszy i sampli. Jest szybko i intensywnie, a syntezatorowy haczyk łapie za płuca i nie puszcza. Jeśli następny album będzie budowany w tej atmosferze, kupię go w ciemno. Utwór ten jest jednak przysłowiowym ziarnkiem grochu w łyżce dziegciu, a pozostałe kawałki są nijakie i nawet po n-tym przesłuchaniu całego albumu od deski do deski, nie jestem w stanie żadnego zapamiętać.

Napawa mnie to wielkim smutkiem, gdyż Havok i spółka nadal mają nieco swego uroku, i kiedy przestanę się w nich pedantycznie wsłuchiwać, noga samowiednie zaczyna wystukiwać rytm co poniektórych piosenek. Jest to jednak odgrzewany, bezbarwny susełek, który nie nasyci absolutnie nikogo. Ciekaw jestem, co dalej będzie się działo z zespołem. Tym bardziej, że w obecnej formie wydają się kompletnie wypaleni.


13 sierpnia 2014

Orgy - Wide Awake and Dead

Dzień dobry, cześć i czołem! Jest środa, przedpołudnie, ptaki śpiewają, powietrze już pachnie weekendem i pierogami, przygotowywanymi w pobliskiej knajpie. Nie ma nic lepszego, niż przełamać tę sielankę retrospekcją na temat zespołu, którego członkowie rzadko kiedy ubierają się w coś innego, niż czerń, a na twarzy noszą więcej makijażu niż taka jedna kasjerka z Piotra i Pawła na Przymorzu (czyli całkiem sporo). Dzisiaj opowiem wam co nieco o Orgy, a to z powodu zbliżającej się długimi krokami comeback'owej EP'ki, i niedawno wydanego teledysku do singla "Wide Awake and Dead".

Pod koniec lat 90-ych mieszanie muzyki rockowej z elektroniczną było w mainstreamie traktowane co najwyżej jako kuriozum. Co prawda pojawiały się takie rodzynki, jak NIN, Mechanical Animals Mansona, albo Adore Pumpkinsów, jednak były to zazwyczaj płyty w swym trzonie rockowe, doprawione jedynie syntezatorem, czy innym automatem perkusyjnym. Lukę w rynku wyczuło nosem Elementree Records, czyli wydawnictwo będące dzieckiem panów z Korn'a. Pierwszym zespołem, z którym młode studio nawiązało współpracę, było właśnie Orgy.


Czym było Orgy? Z pozoru panowie z Los Angeles nie różnili się prawie niczym od swoich starszych kolegów: Korn, Manson, NIN, Gravity Kills, Filter. Orgy miało w sobie wszystkie części składowe smutnego, ciężkiego zespołu końca XX wieku. Ale! W przeciwieństwie do ówczesnych gigantów rockowej sceny, postawili oni na dużo dynamiczniejsze, popowe melodie i uczynili syntezatory jednym z głównych instrumentów, zamiast trzymać je gdzieś, tam, na skraju sceny. Sam Jonathan Davis, który był swego rodzaju mentorem i dobrym wujkiem zespołu, nie był w stanie sprecyzować, z jaką gatunkowo muzyką mamy do czynienia. Niejednokrotnie nazywał ich "Duran Duran XXI wieku", zaś ich muzykę "deathpopem". Jakkolwiek absurdalnie by to nie brzmiało.

Jay Gordon (tak zwie się wokalista) i jego ekipa już na starcie z grubej rury uderzyli w mainstream, jako singiel wydając cover piosenki "Blue Monday" zespołu New Order. Cold wave'owy klasyk przybrał w ich wydaniu dużo cięższego, elektryzującego brzmienia i wywindował zespół na szczyt list przebojów; Przez wielu uważany jest za największy (i jedyny) hit grupy. Orgy nagrało w sumie trzy albumy i wydało około 5 singli, jednak nigdy nie powtórzyli swojego pierwotnego sukcesu. A szkoda, gdyż w niedużej dyskografii zespołu znaleźć można niejeden rodzynek o absolutnie niepowtarzalnym brzmieniu.



I tak, po prawie dekadzie ciszy i pobocznych projektów, Jay Gordon postanowił spróbować swego szczęścia raz jeszcze i ogłosił rewitalizację grupy. Co prawda starzy koledzy nie wyrazili zgody na udział w projekcie, jednak nowi panowie mogą pochwalić się mniejszym lub większym doświadczeniem na synth rockowej scenie (Carlton Bost, dla przykładu, zaczynał jako gitarzysta w Deadsy, kolejnym elektronicznym rodzynku) i od ponad dwóch lat regularnie podkręcają hype przed swoją nową, tajemniczą, już-prawie-wydaną-ale-jednak-nie-do-końca płytą.

To tyle, jeśli chodzi o kwestie około-muzyczne i owijanie w bawełnę. Jak sprawuje się nowy materiał? Dotychczas Gordon udostępnił dwa single, które docelowo znajdą się na nowej EP'ce: "Grime of the Century" oraz "Wide Awake and Dead". Z radością stwierdzam, że zawierają one wszystko, co uczyniło Orgy zespołem niepowtarzalnym. Jest ciężko i bardzo elektronicznie, a w równy, syntetyczny beat wplecione są iście przebojowe melodie i refreny. Największą zmianą, jaka nastąpiła w ciągu ostatniej dekady, jeśli chodzi o brzmienie melodii Gordona, to muzyczne inspiracje. Podczas, gdy pod koniec lat 90-ych Orgy było mieszanką klasycznego synth popu i rocka pokroju Mansona czy Korna, tak dzisiaj słychać tutaj przede wszystkim brzmienia klubowe i (ojej) dubstepy. Nic dziwnego - jay Gordon w trakcie ostatniej dekady zajmował się przede wszystkim DJ-owaniem i graniem z przysłowiowego laptopa. Nie dajcie się jednak zwieść pozorom - zmiana wyszła zespołowi na dobre. Nowa konwencja brzmi świeżo i bardzo łatwo wpada w ucho, a doprawienie całości dubstepem dodaje całości pazura. Można by się upierać, że zespół "zdradza" swoje korzenie i idzie pod publikę, ale nie oszukujmy się - oryginalne Orgy było niemal w całości wytworem panującej wówczas popkultury i zwyczajnie nie miałoby miejsca na dzisiejszej scenie muzycznej. W kwestii wokalnej i tekstowej natomiast Gordon nie zaskakuje wcale. Co prawda słychać, że jest o 10 lat starszy i głos mu się nieco zużył i obniżył, jednak nadal zachował swoją charakterystyczną barwę i lekkie seplenienie, które jakimś cudem dodaje całości nieco wyniosłego charakteru (stiff upper lip?).

Powiem szczerze, z niecierpliwością i zaciekawieniem wyczekuję, czym uraczy nas na pełnej EP-ce Jay Gordon i spółka. Pomimo, że obecnie synth rocka słucham zdecydowanie mniej niż więcej, Orgy zwróciło moją uwagę i cichaczem namawia do zabawy z czarną kredką do oczu i noszenia rurek - i nie chodzi tutaj wyłącznie o sentyment.




8 lipca 2014

The Acid - Liminal - Już jest!

Dzień dobry wszystkim w ten piękny, upalny dzień! Aż robi mi się szkoda, że nie mam już wakacji. Wydawałoby się, że w tych pięknych okolicznościach przyrody podkręcanie temperatury jest nie wskazane, jednak muszę dorzucić nieco węgla.

Na rynku pojawił się właśnie pełen album The Acid, pod tytułem Liminal. W związku z tym, że pisałem o chłopakach relatywnie niedawno, powstrzymam się na razie od recenzji. Na chwilę obecną zachęcam do posłuchania.


2 lipca 2014

Counting Crows - Recovering the Satellites

Dawno temu, na początku lat 90-ych ubiegłego wieku, w radiu, jak i na ramach prężnego wówczas MTV, przez pewien czas królowała z pozoru skromna piosenka pod tytułem "Mr. Jones". Mogłeś nie wiedzieć, kto ją gra, czy jak się nazywa, ale charakterystyczne "sialalalala" w rytm akustycznej gitary rozpoznawał praktycznie każdy. Utwór pochodził z pierwszej płyty debiutującego wówczas zespołu Counting Crows, który swym delikatniejszym, zaczepiającym miejscami o country brzmieniem stanął w mocnej opozycji do hulającego Grunge'u. Album August and Everything After sprzedał się w milionowym nakładzie, jednak, jak to w przypadku one-hit wonderów bywa, słuch w mainstreamie bardzo szybko o nich zaginął. Można powiedzieć, że bardzo niesłusznie. Counting Crows, z Adamem Duritz'em jako mózgiem i silnikiem całej grupy, gra i nagrywa po dziś dzień, a ich osiągnięcia w wielu miejscach kruszą przebojowy debiut.

Dzisiaj skoncentruję się na swoim ulubieńcu z dyskografii Counting Crows, Recovering the Satellites. Wydany 3 lata po debiutanckim August and Everything After, RtS miał być większy, głębszy, i bardziej złożony niż cokolwiek, czym dotychczas Duritz uraczył swoich fanów. Efektem był album, który, moim zdaniem, okazał się absolutnym szczytem osiągnięć zespołu, tworem iście ponadczasowym.

Powodem jest niesamowita atmosfera, którą muzycy rozpościerają na całym albumie. Na godzinnym krążku znalazło się 14 utworów (spróbuj sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz słyszałem LP dłuższe, niż 45 minut), na których usłyszeć możemy gitary, fortepian, smyczki, akordeon, czy nawet klarnet. Duritz'owi udało się połączyć kompletnie nie-rockowe instrumenty z soft rockową manierą, tworząc muzykę, która, choć zupełnie nie przystająca do mainstreamu rocka lat 90-ych, swoją siłą wystawała wysoko ponad popowym brzmieniem. Jak zaznaczyłem wcześniej, brzmi tu nieco country, nieco bluesa, nieco innych gatunków gitarowych, jednak żaden z nich nie jest dominujący. Obrazek oczywiście dopełnia głos Duritz'a - senny, łagodny i nieco zblazowany, wspaniale pasuje do introwertycznych, melancholijnych tekstów.

Recovering the Satellites jest kopalnią kultowych kawałków. "Angels of the Silences" to intensywna, agresywna piosenka o rozstaniu. "Goodnigh Elisabeth" - mała, melancholijna kołysanka (mój absolutny faworyt całego albumu). "recovering the Satellites", tytułowy utwór, nieodparcie kojarzy mi się z "Tonight, Tonight" Pumpkinsów - rzecz o tęsknocie i przebaczeniu. Na koniec "Monkey", hipnotyzujące skocznym rytmem, a brzmiące mocno za kultowym R.E.M.

Rzecz, która zachwyca mnie w RtS najbardziej to mistrzowskie współgranie słowa z muzyką. Teksty poszczególnych piosenek są bez wyjątku głęboko przemyślane i posiadają znaczenie, opowiadają historię. Muzyka natomiast wspaniale podbija emocje, które swoim głosem wzbudza Duritz

Recovering the Satellites Polecam każdemu, kto gustuje w nieco lżejszym, rockowym brzmieniu, jak Death Cab for Cutie, czy R.E.M właśnie. Z początku może być nieco trudne w odbiorze z powodu dość niekonwencjonalnych instrumentów, jednak zapewniam - czas poświęcony temu krążkowi nie będzie czasem straconym.


10 czerwca 2014

The Watermark High - Bright Black EP


I'm on a roll! Na produktywny wtorek proponuję wykonawcę, którego pierwsze EPki zdefiniowały atmosferę mojego rocznego pobytu w Japonii.

Paul van der Walt, znany pod pseudonimem The Watermark High, jest DJ'em/producentem/muzykiem wywodzącym się z Republiki Południowej Afryki, a konkretniej z Johannesburga. W swojej muzyce van der Walt bardzo zgrabnie łączy elektronikę, sample, jak i instrumenty akustyczne. Nagrywa od relatywnie niedawna, bo zaledwie od dwóch lat. Od 2012 światło dzienne ujrzały 4 mini albumy, każdy kolejny o dźwięku budującym na szkielecie zaprezentowanym na pierwszej EPce, Slow Motion Clarity.

To właśnie ciągłe poszukiwanie inspiracji, samodoskonalenie i rozwijanie dźwięku jest tym, co najbardziej przyciąga mnie do muzyki The Watermark High. Pod względem ścieżki ewolucji dźwięku van der Walt bardzo przypomina mi Nicka Zammuto, frontmana nie istniejącego już The Books. Slow Motion Clarity było tworem bardzo minimalistycznym, opierającym się na dużej ilości sampli i nagrań terenowych (najwyższy czas wymyślić polski odpowiednik Field Recordingu), zaś same brzmienia są bardzo powolne i ciepłe - doskonała muzyka na niedzielny poranek, albo samotną wędrówkę po lesie. Z każdym kolejnym albumem van der Walt próbuje czegoś nowego, jednocześnie pozostając wiernym swoim pierwotnym motywom, zaś jego najnowsza produkcja, Bright Black, na pierwszy rzut oka i ucha porusza się po niemal całkowicie odmiennej przestrzeni gatunkowej. Są to jednak tylko pozory.

EPka otwiera się utworem Saudade, który najłatwiej nazwać instrumentalnym hip-hopem. Co prawda słychać w nim charakterystyczne dla TWH melodie i sample, jednak są one przykryte soczystą, rytmiczną perkusją. Podobnie jak reszta albumu, Saudade jest dużo głośniejsze i dużo bardziej namacalne niż poprzednie twory van der Walt'a, jednak zachowuje on charakterystyczną melancholię. W wywiadach zresztą artysta niejednokrotnie dawał do zrozumienia, że chce tworzyć muzykę, przez którą słuchacz zatęskni za domem. Powrót do nieco prostszego, syntetycznego brzmienia oferuje nam druga połowa EPki. (W)hole pełne jest samplowanego fortepianu i trzasków, i choć, ponownie, rozbudza mocno podkręconą linią basową, jest najbardziej lirycznym i introspektywnym utworem na całej płycie.

Podsumowując, The Watermark High zasługuje, w mojej opinii, na jak najwięcej uwagi. Muzyka Paula van der Walta jest świeża i mocno zróżnicowana, a jego ciągłe eskapady gatunkowe sprawiają, że zwyczajnie nie może się znudzić.

7 czerwca 2014

The Acid - The Acid


Dzień dobry wszystkim po prawie kwartale przerwy. Bezrobocie się skończyło, wskoczyło wiele nowych obowiązków, w związku z czym fanaberie pokroju prowadzenia bloga muzycznego musiały odejść na dalszy plan. Ciągnie mnie jednak do klawiatury, tym bardziej, że dobrej muzyki nie ubywa, a chęć podzielenia się nią narasta. Tak więc.

Od wielu lat jestem dużym fanem Brytyjczyka nazwiskiem Adam Freeland. Jegomość ten jest jednym z bardziej znanych przedstawicieli brytyjskiej sceny House'u i Downtempo, przez szerszą publiczność jest natomiast kojarzony dzięki utworom takim jak "We Want Your Soul", oraz "Mind Killer", ten ostatni zresztą wykorzystany w kultowej grze na Playstation 2, REZ. To co wyróżniało Freelanda spośród innych przedstawicieli gatunku, to częste romanse z "prawdziwymi" instrumentami i dźwiękami. I nie mówię tylko o samplowaniu, ale też zatrudnianiu do swoich przedsięwzięć mniej lub bardziej znanych muzyków. Na jego ostatnim pełnym albumie, Cope, swoich umiejętności użyczyli m.in. Tommy Lee i Twiggy Ramirez, czyli obsada skądinąd doborowa. Od tamtego czasu Adam zaczął stopniowo kłaść coraz większy nacisk na brzmienia akustyczne. Najnowszy projekt z jego udziałem, The Acid, zdaje się być ukoronowaniem tego procesu.

O The Acid aż do niedawna nie było wiadomo praktycznie nic poza tym, że są i grają. Facebook, Wikipedia, a nawet Google milczały jak grób. Tożsamość enigmatycznego trio wyszła na jaw stosunkowo niedawno, przy okazji ogłoszenia pełnowymiarowego LP. Czym więc jest The Acid?


The Acid jest połączeniem dwójki producentów i DJ'ów, Freelanda oraz Steve'a Nalepy, oraz piosenkarza/wokalisty Ry Cummings'a, znanego ostatnio jako Ry X. Mogło by się wydawać, że z takiego połączenia zrodzić powinien się wulkan kosmicznych dźwięków, rozsadzających parkiety i tłuczących szkło. Nic bardziej mylnego. Panowie zaproponowali nam brzmienie bardzo stonowane, łagodne i powolne, delikatnie sączące się z głośników. W miejsce krótkich, ostrych pętli, charakterystycznych dla Freelanda, słyszymy przede wszystkim niskie, ospałe basy, z miłością otulające potraktowane głębokim, przestrzennym echem syntezatory. Cummings z kolei dodaje całej mieszance tak potrzebnego elementu ludzkiego. Jego delikatny, załamujący się głos sprawia, że słuchając EPki ma się wrażenie wchodzenia w jakiś dziwny, senny świat. Miejscami Ry użycza również swojej gitary, co jeszcze bardziej dodaje plastyczności całemu brzmieniu.

Czuję sobie, że The Acid może stać się moim ulubionym zespołem 2014 roku. Lubię muzykę melancholijną, lubię elektronikę, lubię eksperymenty muzyczne i mieszanie gatunków. Freeland i spółka łączą wszystkie te elementy w sposób doskonały i bardzo, bardzo oryginalny. Absolutnie należy spróbować.