15 listopada 2014

Counting Crows - Somewhere Under Wonderland

Czy jedna, prawie 10 - minutowa piosenka wystarczy, aby wydać cały album?


Counting Crows od kilku lat przeżywa wyż twórczy, racząc nas nowymi wydawnictwami niemal co roku. Najnowszy krążek, pod tytułem Somewhere Under Wonderland próbuje sprzedać nam sentymentalną podróż po młodości i wspomnieniach Adama Duritz'a, głównego tekściarza zespołu. Podszedłem do tej płyty z dużym entuzjazmem, w końcu jest reklamowana masywnym singlem, o tytule Palisades Park. Długaśny, progresywny kawałek opowiadający o przyjaźni dwójki nastolatków zabiera słuchacza w barwną podróż po skrajnych emocjach, mieszając radość, smutek, gniew i miłość, a to wszystko w barwach i stylistyce radosnych lat 70-tych. W połączeniu z iście filmowym teledyskiem (odtwórcy głównych ról trafią do jakiegoś serialu, jestem tego pewien), Palisades Park robi równie mocne wrażenie jak największe przeboje zespołu z debiutanckich płyt.

W związku z powyższym miałem olbrzymie nadzieje co do nowego tworu panów Liczących Kruki, który, na marginesie, niemal w całości finansowany był przez fanów za pośrednictwem Pledgemusic. Niestety, zamiast kolejką górską, opisywaną w Palisades Park, Somewhere Under Wonderland jest równią pochyłą. Nie zrozumcie mnie źle, Uwielbiam to, co robi Duritz. Ba, jego wariacja na temat country  jest jedyną, której potrafię słuchać (a country i folku ci tutaj dostatek). Somewhere Under Wonderland jest przykładem albumu, który został pogrążony przez nierozważne rozłożenie utworów na krążku.

Problem polega bowiem na tym, że Duritz postanowił umieścić Palisades Park jako utwór otwierający, na pierwszej pozycji. Kawałek robi tak duże wrażenie, że następujące po nim Earthquake Driver i God of Ocean Tides przelatują niezauważenie koło uszu. Podczas słuchania miałem nieodparte wrażenie, że są to jedynie zapchajdziury, sztucznie wydłużające album. Uwagę zwraca dopiero Scarecrow, który, o ironio, również jest singlem. Po wielokrotnym przesłuchaniu da się wyłuskać kilka rodzynków. Dislocation porywa rytmem zwrotek, Possibility Days zaskakuje melancholijnym klimatem. Są to jednak pojedyncze perły wśród przysłowiowych wieprzy.

Muzycznie mamy tutaj do czynienia ze zgrabną mieszanką country, folku i rocka, tak charakterystycznej dla Counting Crows, aczkolwiek SUW jest bez wątpienia jednym z najbardziej countrowych albumów w dyskografii zespołu. Duritz ma do dyspozycji małą armię muzyków i tyleż instrumentów, tak że na krążku usłyszeć można trąbki, fortepian, akordeon, i inne, zazwyczaj w muzyce popularnej nie spotykane instrumenty. Tym bardziej szkoda, że Duritz nie decyduje się na żadne eksperymenty muzyczne, oferując nam brzmienie bardzo konserwatywne.

Somewhere Under Wonderland jest zatem albumem bardzo nierównym. Wydaje mi się, że Duritz i spółka wyszliby dużo lepiej, gdyby zamiast całego albumu skomponowali niedługą epkę, skoncentrowaną wokół Palisades Park. Twór taki dużo bardziej wbijałby się w pamięć, a i smakowałby dużo lepiej, nie będąc rozwodnionym przez szereg byle jakich piosenek.

7 listopada 2014

Bush - Man on the Run

Modę na grunge już dawno mamy za sobą, ale niedobitki kapel które wypłynęły na rzeczonym nurcie nadal od czasu do czasu dają o sobie znać. Na myśli mam kwartet kierowany przez Gavina Rossdale'a (znanego dzisiaj przede wszystkim jako mąż Gwen Stefani, i tamten demon w garniaku z Constantine'a) o nazwie Bush. Złośliwi twierdzą, że swoją, już 20-to letnią karierę muzyczną Rossdale zawdzięcza przede wszystkim MTV, potrzebującemu bardziej medialnej alternatywy dla Kurta Cobaina, który najpierw nie chciał prężyć się do zdjęć, a potem był już martwy. Nazwać Bush naśladowcami grunge'owej legendy to jednak duże nadużycie. Od samego początku istnienia do charczącej, zapoconej maniery alternatywnego rocka lat 90-tych wprowadzali nieco blasku i polotu, dzięki którym dużo bardziej pasowali do grania na stadionach, niż w zadymionych, śmierdzących piwnicach. Pierwsze dwa albumy, Sixteen Stone i Razorblade Suitcase okazały się wielkim sukcesem, czyniąc Bush jednym z najpopularniejszych rockowych aktów połowy lat 90-tych. Niestety, wraz z odnajdywaniem przez Rossdale'a własnego stylu i odchodzeniem od schematów wytworzonych przez kolegów po fachu, jego publicznie drastycznie poczęła się kurczyć. Gdy w okolicy 2002 roku doszło do rozpadu zespołu, po rozciągniętych swetrach i skołtunionych włosach nie było już ani śladu - Bush serwował wtedy najeżone efektami, kosmiczne brzmienie, a i tematyka piosenek nabrała nieco fantastycznego, futurystycznego posmaku (Co w 2000 roku było absolutnym standardem w przemyśle, bez względu na gatunek).

Przez 10 lat Rossdale zajmował się projektami solowymi, aż w 2011 roku internet obiegła wieść o odrodzeniu Krzaka. Man on the Run jest drugim albumem nagranym z udziałem nowego składu, następującym po bardzo dobrym, comebackowym Sea of Memories. Jak wypada na tle poprzednich dokonań zespołu? Na długaśnym LP (66 minut! To dwa razy tyle, co ostatni krążek Everclear!) chłopaki upchnęli 14 kompozycji, które rozbrzmiewają najbardziej znanymi zagraniami poprzednich albumów. Można to postrzegać jako zaletę lub wadę, w zależności od oczekiwań. W przeciwieństwie do kapel takich, jak Korn, Smashing Pumpkins, czy Soundgarden, Bush w nowym wydaniu brzmi dokładnie tak samo jak w latach 90-tych, i mnie to jak najbardziej pasuje. Mieszanka grunge-owych klimatów z popowym połyskiem w wykonaniu Rossdale'a zawsze trafiała prosto w moje serce i jest na tyle charakterystyczna, że Bush'a nie da się pomylić z żadną inną kapelą. Jednocześnie cieszy fakt, że panowie nie chcą żerować na sentymencie - Rossdale jest już dużo starszy, żonaty i dzieciaty, i nie próbuje udawać cierpiącego nastolatka z problemami narkotykowymi.

Z drugiej strony, Man on the Run wydaje się dużo mniej przebojowy niż poprzedni album. Po wielokrotnych przesłuchaniach w pamięci pozostały mi trzy, cztery kawałki które faktycznie energetyzują i zachwycają (The Gift i Dangerous Love absolutnie zrywają kapcie). Pozostałe piosenki trzymają równy, wysoki poziom, ale to raczej praca rzemieślnicza, która dla wieloletniego fana zespołu nie jest niczym zaskakującym.

Podsumowując, Man on the Run to zwyczajnie więcej Bush'a, laurka od zespołu, który kilkadziesiąt lat temu (jak to smutno brzmi) kształtował i reprezentował amerykańską alternatywę. Ja taką opcję przyjmuję z otwartymi ramionami i uśmiechem na ustach.

2 października 2014

Gerard Way - Hesitant Alien


Podczas, gdy do rockowych gwiazd epoki emo pokroju Panic! At the Disco czy Fall Out Boy zawsze podchodziłem z pewnym dystansem, tak The Black Parade zespołu My Chemical Romance uważam za absolutną petardę, będącą pomnikiem dekady i subkultury (Ale o tym kiedy indziej). Kilka dni temu ukazał się pierwszy solowy album Gerarda Way, wokalisty i serca zespołu, który zawładnął stacjami muzycznymi dziesięć lat temu. Niestety, dotychczasowe próby pobicia pop punkowego magnum opus sprzed lat spełzły na niczym, czego brutalnym dowodem było chłodno przyjęte Danger Days i rozpad MCR w zeszłym roku. Jak mawiają eskimosi, z nostalgią nie wygrasz. Gerard Way jednak próbuje. Jak mu się to udaje?

Pierwsze, co rzuca się w ucho (i oko), to kompletnie odmienna stylizacja w stosunku do poprzednich projektów Way'a. Już w pierwszych sekundach otwierającego "The Bureau" do głowy wskoczyła mi pierwsza płyta The Killers, Eurythmics i Garbage. Hesitant Alien zabiera nas w świat brylantyny, plastikowych marynarek i kryształowych kul, oferując mieszankę lat 80-tych i współczesnego pop punku, w którym tak swobodnie czuje się Way. Gdyby na tym poprzestano, HA byłoby interesującym, relatywnie świeżym kawałkiem muzyki. Niestety, ktoś w studio uparł się, żeby cały album brzmiał jak nagrywany w garażu. Możliwe, że Way chciał dodać sobie nieco atmosfery lo-fi. Tak czy inaczej, efekt jest mało przyjemny dla ucha. Każdy instrument przykryty jest masą efektów i reverbów, które zlewają się w biały szum. Głos Gerarda (będący moim ulubionym elementem doświadczania MCR) został na przestrzeni całego albumu potraktowany głębokim echem, w związku z czym brzmi jak z wnętrza studni. Spróbuj zrozumieć o czym śpiewa bez pomocy książeczki z tekstami.

Trudno tutaj też znaleźć cokolwiek przebojowego. Podczas, gdy The Black Parade porywało niemal każdym refrenem, tak tutaj co poniektóre strzępki wersów zapowiadają, że coś, kiedyś może się wydarzyć. Strasznie pod tym względem rozczarowuje jeden z singli, "No Shows" - podkręcający, chórkowy bridge w zaledwie kilku sekundach daje obietnicę dużego, płynącego refrenu. Niestety, zostawia nas z niczym. Atmosferę podkręcają jeszcze "Brothers" i "Get the Gang Together", choć i one nie porażają.

Hesitant Alien uważam za pomyłkę. Pomysł jest ciekawy i osobiście uwielbiam klimaty lat 80-tych, jednak Way nie dał rady się w nich odnaleźć. Facet ma mimo wszystko potencjał. Praca solo do łatwych nie należy, i mam nadzieję, że doświadczenie wyniesione z HA pozwoli mu stworzyć coś, co z powrotem wybije go na szczyty list przebojów. Zasługuje na to.

23 września 2014

Wywiad - Billy Corgan dla Radio.com

W ostatnim czasie Billy Corgan, frontman muzycznej miłości mojego życia, czyli The Smashing Pumpkins, porozmawiał sobie z panami z Radio.com, w związku z wydaniem reedycji albumu Adore. Bardzo przyjemna lektura, nie tylko dla fanów SP, ale i ludzi zainteresowanych muzyką alternatywną lat 90-tych w ogóle. Zaskakuje w szczególności spokój i rozwaga Corgana, który jest znany z ostrego temperamentu podczas konfrontacji z jakąkolwiek krytyką.

Wywiad możecie przeczytać o, tu.

22 września 2014

Fink - Hard Believer

W muzycznym światku istnieją wydawnictwa, które szczególnie dbają o swój wizerunek i charakter wydawanej przez nie muzyki, jak chociażby bluesowy Blue Note, metalowy Metal Mind czy w latach 90-tych Geffen. Jednym z takich muzycznych superbohaterów jest dzisiaj Ninja Tune. Znane z uwielbienia dla alternatywnych, niezależnych klimatów, NT od lat serwuje nam muzykę niekoniecznie oszlifowaną, ale na pewno wyjątkową, próbującą zrobić z konwencjami coś nowego. Podczas ostatniej wyprawy po sklepach muzycznych moją uwagę zwróciła duża, zielona okładka z charakterystycznym logo i polską wlepką. Męski romantyzm! Gwiazda Ninja Tune! Rekomendacja Trójki, portali jazzowych i twojego szwagra! Już dawno nie kupowałem albumów w ciemno, więc Fink wygrał z Eminemem i drugą częścią Marshall Mathers (na którego też ostrzę sobie zęby).

Szybka wizyta na wiki przekazała, że Fink to w rzeczywistości Kornwalijczyk Fin Greenall, który na przestrzeni ostatnich 20 lat zajmował się całym spektrum muzyki rozrywkowej, od tanecznej elektroniki po drwala z gitarą. Jego najnowszy album, Hard Believer, zalicza się do tego drugiego gatunku. Wyobraź sobie zarośniętego, spoconego Kanadyjczyka, który po całym dniu rżnięcia sekwoi olbrzymiej siada przed swoją chatą z gitarą w ręku, butelką Daniels'a przy boku, i zaczyna śpiewać o miłości i snach nasyconych melancholią. Ot, Hard Boiled Believer. Czujesz ten klimat? To już wiesz, czym jest "męski, szorstki romantyzm".

Cały album jest mieszanką najróżniejszych stylów wywodzących się z południa Stanów Zjednoczonych. Jest tu country, jest tu blues czy soul. Gdzieniegdzie schowało się nawet nieco reggae i dubu (White Flag jest podręcznikowo dubowe i przez to wybija się stylistycznie na tle reszty albumu). Całość wyprodukowana jest iście fenomenalnie. Słychać, że Ninja Tune dba o swoich artystów i nie szczędziło pieniędzy na swojego pupila. Wszystko jest na swoim miejscu, zmiksowane ze smakiem i równowagą. Gitary są przyjemnie czyste i świdrujące, bas, choć nieco błotnisty, zwięźle podkreśla melodie. Głos pana Fina natomiast nigdy nie ginie pod efektami czy okazjonalnymi syntezatorami. Hard Believer brzmi miękko i wysmakowanie, słucha się go z przyjemnością.

Nieco gorzej jest natomiast z różnorodnością. Rozumiem, że w zamyśle cały album miał być powolny, introspektywny i nieco senny. Rozumiesz, "męski, szorstki romantyzm". Głos Fina, jak i większość melodii, toczą się ospale i monotonnie, wzbudzając poczucie zmęczenia. Zupełnie jak ten twój znajomy, który pod koniec imprezy chwyta za gitarę i próbuje grać Wonderwalla. Jednostajność i monotonia mogą być ciekawym zabiegiem stylistycznym, jeśli ogranicza się tylko do jednego z elementów muzyki. Budowanie na tej bazie całego albumu już nie do końca. Nie znaczy to jednak, że panowie nie potrafią grać. Z czasem album nabiera tempa i w ostatnich utworach wzbija się w powietrze, za sprawą takich utworów, jak Looking too Closely (który jest na razie moim faworytem) oraz Too Late. Kawałki te udowadniają, że Fink mają warsztat i potrafią pisać energiczne, szybujące piosenki, tyle, że na tym albumie najwyraźniej nie za bardzo mieli na to ochotę.

Jeśli jednak jesteś w stanie przymknąć na to oko (bądź lubisz takie senne klimaty) i poświęcisz czas, by z uwagą wgryźć się w album i spróbować czegoś innego, Hard Believer wart jest twojej uwagi. Sam czuję, że bardzo się z tą płytą kiedyś zaprzyjaźnię.

2 września 2014

AFI - Burials


Dotychczas do recenzji wybierałem albumy, który w ten lub inny sposób wydały mi się interesujące bądź oryginalne. Starą, żydowską prawdą jest, że najłatwiej mówi się o rzeczach, które się uwielbia lub nienawidzi. A co z tworami, które nie są w stanie wzbudzić w tobie silniejszych emocji? Tym razem, dla odmiany, biorę na klatę wyzwanie napisania czegoś ciekawego o płycie, która jest otępiająco nijaka.

AFI (A Fire Inside) są weteranami kalifornijskiej sceny punkrockowej, grającymi od prawie 25 lat. Nigdy nie osiągnęli takiej pozycji, jak Offspring czy Rancid, jednak charakterystyczny, lekko kobiecy głos wokalisty Davey Havok'a (niestety jest to tylko pseudonim, a szkoda) i obrzydliwie szybkie tempo większości wczesnych kompozycji pozwoliło AFI urządzić sobie wygodne miejsce na muzycznej scenie i utrzymać niewielką, acz bardzo oddaną społeczność fanów. Do mainstreamu przebili się dopiero w okolicach roku 2005, na fali popularności emo i smutnego pop punku. Sing the Sorrow i Decemberunderground są bez wątpienia ich najbardziej rozpoznawanymi albumami w dyskografi, zaś "Miss Murder" z tego drugiego leciało bez końca nawet w polskiej telewizji muzycznej. Wtedy też zespół powoli zaczął odcinać się od swoich hardkorowych, punkowych korzeni.

Niestety, moda na smutny pop punk minęła równie szybko, co się pojawiła, i panowie musieli znaleźć sposób, aby pozostać na fali. Następca Decemberunderground, zatytułowany Crash Love, jest do dzisiaj jednym z moich ulubionych pop punkowych albumów. Są tam chwytliwe melodie, są hymnowe przyśpiewki, jest nieco słodkiej melancholii, którą Havok wyciska ze swojej, nieco już nie domagającej, krtani. W połączeniu z bardzo spójną stylistyką i nawiązaniami do klasyków rock n' rolla pokroju Elvisa czy Beatlesów, Crash Love, choć nie jest wybitny ani oryginalny, posiada swój charakter, i trzyma się ucha przez długie miesiące.

Dlatego też, gdy AFI zapowiedziało nowy album, byłem mocno podekscytowany. Miało być mrocznie i ciężko. Ponownie, album, tak muzycznie, jak i wizualnie, miał być przesiąknięty bardzo wyrazistą stylistyką, tym razem w klimatach okultyzmu. Zajawki publikowane przez zespół na YouTubie pełne były dziwnych symboli, dziewczyn w koszulach nocnych szlajających się po plaży, ćwieków i czarnych krzyży. Można było się spodziewać powrotu do nieco mniej okiełzanego brzmienia, choć już chyba nikt nie oczekiwał, że AFI ucieknie z mainstreamowej sceny. I co z tego wyszło?

Niestety, niewiele. Mówiąc krótko, Burials jest zwyczajnie nudne. Singlowe "I hope you suffer" i "17 crimes", choć same nie są szczególnie przebojowe, dają złudne nadzieje, że na płytce znajdziemy nieco werwy. W rzeczywistości jednak reprezentują one absolutne szczyty, które osiąga album. Havok zupełnie stracił swój głos. Naturalnie, trudno się spodziewać od 40-letniego wokalisty, aby wciąż śpiewał, a w zasadzie wrzeszczał, chłopięcym falsetem. Stara się to nadrabiać napompowaną emocjonalnie, liryczną manierą, ale niedosyt pozostaje. Pod względem brzmienia album sprawia wrażenie kubła, do którego wrzucono ścinki, które nie załapały się na poprzednie płyty zespołu. Nie wiem, jak było w rzeczywistości, ale dam głowę, że co najmniej 4 z 13 piosenek pierwotnie pojawić się miało na Crash Love. Instrumenty zmiksowane są tak, że miejscami nie da się odróżnić gitary od perkusji. Do tego stopnia, że w niektórych piosenkach da się odcyfrować wyłącznie samą dominującą melodię i wokal. Wszystkie dźwięki starannie przykryte są warstwami echa i reverbów, i są zwyczajnie stłumione i niewyraźne.


Łatwo zatem można się domyślić, że jedyny utwór, który autentycznie zwrócił moją uwagę i którego nadal od czasu do czasu słucham, nie ma absolutnie nic wspólnego ze stylistyką reszty albumu. "Wild" jest dziwną mieszaniną reprezentacyjnych zagrywek AFI, maniery a' la Joy Division i cold wave, z domieszką klawiszy i sampli. Jest szybko i intensywnie, a syntezatorowy haczyk łapie za płuca i nie puszcza. Jeśli następny album będzie budowany w tej atmosferze, kupię go w ciemno. Utwór ten jest jednak przysłowiowym ziarnkiem grochu w łyżce dziegciu, a pozostałe kawałki są nijakie i nawet po n-tym przesłuchaniu całego albumu od deski do deski, nie jestem w stanie żadnego zapamiętać.

Napawa mnie to wielkim smutkiem, gdyż Havok i spółka nadal mają nieco swego uroku, i kiedy przestanę się w nich pedantycznie wsłuchiwać, noga samowiednie zaczyna wystukiwać rytm co poniektórych piosenek. Jest to jednak odgrzewany, bezbarwny susełek, który nie nasyci absolutnie nikogo. Ciekaw jestem, co dalej będzie się działo z zespołem. Tym bardziej, że w obecnej formie wydają się kompletnie wypaleni.


13 sierpnia 2014

Orgy - Wide Awake and Dead

Dzień dobry, cześć i czołem! Jest środa, przedpołudnie, ptaki śpiewają, powietrze już pachnie weekendem i pierogami, przygotowywanymi w pobliskiej knajpie. Nie ma nic lepszego, niż przełamać tę sielankę retrospekcją na temat zespołu, którego członkowie rzadko kiedy ubierają się w coś innego, niż czerń, a na twarzy noszą więcej makijażu niż taka jedna kasjerka z Piotra i Pawła na Przymorzu (czyli całkiem sporo). Dzisiaj opowiem wam co nieco o Orgy, a to z powodu zbliżającej się długimi krokami comeback'owej EP'ki, i niedawno wydanego teledysku do singla "Wide Awake and Dead".

Pod koniec lat 90-ych mieszanie muzyki rockowej z elektroniczną było w mainstreamie traktowane co najwyżej jako kuriozum. Co prawda pojawiały się takie rodzynki, jak NIN, Mechanical Animals Mansona, albo Adore Pumpkinsów, jednak były to zazwyczaj płyty w swym trzonie rockowe, doprawione jedynie syntezatorem, czy innym automatem perkusyjnym. Lukę w rynku wyczuło nosem Elementree Records, czyli wydawnictwo będące dzieckiem panów z Korn'a. Pierwszym zespołem, z którym młode studio nawiązało współpracę, było właśnie Orgy.


Czym było Orgy? Z pozoru panowie z Los Angeles nie różnili się prawie niczym od swoich starszych kolegów: Korn, Manson, NIN, Gravity Kills, Filter. Orgy miało w sobie wszystkie części składowe smutnego, ciężkiego zespołu końca XX wieku. Ale! W przeciwieństwie do ówczesnych gigantów rockowej sceny, postawili oni na dużo dynamiczniejsze, popowe melodie i uczynili syntezatory jednym z głównych instrumentów, zamiast trzymać je gdzieś, tam, na skraju sceny. Sam Jonathan Davis, który był swego rodzaju mentorem i dobrym wujkiem zespołu, nie był w stanie sprecyzować, z jaką gatunkowo muzyką mamy do czynienia. Niejednokrotnie nazywał ich "Duran Duran XXI wieku", zaś ich muzykę "deathpopem". Jakkolwiek absurdalnie by to nie brzmiało.

Jay Gordon (tak zwie się wokalista) i jego ekipa już na starcie z grubej rury uderzyli w mainstream, jako singiel wydając cover piosenki "Blue Monday" zespołu New Order. Cold wave'owy klasyk przybrał w ich wydaniu dużo cięższego, elektryzującego brzmienia i wywindował zespół na szczyt list przebojów; Przez wielu uważany jest za największy (i jedyny) hit grupy. Orgy nagrało w sumie trzy albumy i wydało około 5 singli, jednak nigdy nie powtórzyli swojego pierwotnego sukcesu. A szkoda, gdyż w niedużej dyskografii zespołu znaleźć można niejeden rodzynek o absolutnie niepowtarzalnym brzmieniu.



I tak, po prawie dekadzie ciszy i pobocznych projektów, Jay Gordon postanowił spróbować swego szczęścia raz jeszcze i ogłosił rewitalizację grupy. Co prawda starzy koledzy nie wyrazili zgody na udział w projekcie, jednak nowi panowie mogą pochwalić się mniejszym lub większym doświadczeniem na synth rockowej scenie (Carlton Bost, dla przykładu, zaczynał jako gitarzysta w Deadsy, kolejnym elektronicznym rodzynku) i od ponad dwóch lat regularnie podkręcają hype przed swoją nową, tajemniczą, już-prawie-wydaną-ale-jednak-nie-do-końca płytą.

To tyle, jeśli chodzi o kwestie około-muzyczne i owijanie w bawełnę. Jak sprawuje się nowy materiał? Dotychczas Gordon udostępnił dwa single, które docelowo znajdą się na nowej EP'ce: "Grime of the Century" oraz "Wide Awake and Dead". Z radością stwierdzam, że zawierają one wszystko, co uczyniło Orgy zespołem niepowtarzalnym. Jest ciężko i bardzo elektronicznie, a w równy, syntetyczny beat wplecione są iście przebojowe melodie i refreny. Największą zmianą, jaka nastąpiła w ciągu ostatniej dekady, jeśli chodzi o brzmienie melodii Gordona, to muzyczne inspiracje. Podczas, gdy pod koniec lat 90-ych Orgy było mieszanką klasycznego synth popu i rocka pokroju Mansona czy Korna, tak dzisiaj słychać tutaj przede wszystkim brzmienia klubowe i (ojej) dubstepy. Nic dziwnego - jay Gordon w trakcie ostatniej dekady zajmował się przede wszystkim DJ-owaniem i graniem z przysłowiowego laptopa. Nie dajcie się jednak zwieść pozorom - zmiana wyszła zespołowi na dobre. Nowa konwencja brzmi świeżo i bardzo łatwo wpada w ucho, a doprawienie całości dubstepem dodaje całości pazura. Można by się upierać, że zespół "zdradza" swoje korzenie i idzie pod publikę, ale nie oszukujmy się - oryginalne Orgy było niemal w całości wytworem panującej wówczas popkultury i zwyczajnie nie miałoby miejsca na dzisiejszej scenie muzycznej. W kwestii wokalnej i tekstowej natomiast Gordon nie zaskakuje wcale. Co prawda słychać, że jest o 10 lat starszy i głos mu się nieco zużył i obniżył, jednak nadal zachował swoją charakterystyczną barwę i lekkie seplenienie, które jakimś cudem dodaje całości nieco wyniosłego charakteru (stiff upper lip?).

Powiem szczerze, z niecierpliwością i zaciekawieniem wyczekuję, czym uraczy nas na pełnej EP-ce Jay Gordon i spółka. Pomimo, że obecnie synth rocka słucham zdecydowanie mniej niż więcej, Orgy zwróciło moją uwagę i cichaczem namawia do zabawy z czarną kredką do oczu i noszenia rurek - i nie chodzi tutaj wyłącznie o sentyment.