Jestem absolutnie zachwycony. Trafiłem na ostatni singiel Rihanny zupełnie przypadkiem. Nie słucham jej, nie śledzę, uważam większość jej pracy za pracę właśnie - wyrobnictwo, manufakturę. Tym większe było moje zdziwienie, gdy zobaczyłem i usłyszałem FourFiveSeconds.
FourFiveSeconds jest istnym wehikułem czasu do lat 90-tych, gdy R&B było prostsze i czystsze. Gdy pierwszy raz usłyszałem ten kawałek, przed oczyma stanęła mi Whitney Houston, choć oczywiście to zupełnie inna liga. Wiecie co jest najlepsze? To wcale nie brzmi źle. Wręcz przeciwnie. W porównaniu z pozostałą twórczością Rihanny surowość FFS brzmi dostojnie i wysublimowanie, jest niezwykle osobista. Zaangażowani w produkcję (a było tego 9 osób. 9 osób pisało 3-minutową piosenkę) pokazali, że nie ma żadnego wstydu sięgać do korzeni muzyki popularnej, że pierwszoligowy pop nie musi być naładowany elektroniką i plastikiem. Nie przeszkadza nawet wiecznie obrażony wzrok Kanye West'a. Mam ogromną nadzieję, że to początek nowego trendu. Oba kciuki w górę - posłuchajcie.
Powróćmy na chwilę do alternatywnego popu, ale tylko na chwilę. Przejadły już mi się nieco syntezatory i moje uszy wołają o coś bardziej namacalnego. Wszystko w swoim czasie. Zaczynając od Imogen Heap skakałem sobie w ostatnich tygodniach z kwiatka na kwiatek, szukając aktów w podobnych brzmieniach tudzież klimatach. Najpierw natrafiłem na Kate Havnevik, ale to niestety plagiat koszmarny (w szczególności ostatnia płyta). Drugim strzałem, tym razem dużo bardziej intrygującym, było właśnie IAMAMIWHOAMI. Fajna nazwa? To dopiero początek.
Za IAMAMIWHOAMI kryje się, jak to zwykle w tych przypadkach bywa, para muzyków: Jonna Lee oraz Claes Bjorklund. Obydwoje ze Szwecji. Od trzech lat próbują zdobywać świat specyficznym mariażem muzyki elektronicznej i sztuk wizualnych, i to z całkiem dobrym skutkiem. IAMAMAIWHOAMI mają na swoim koncie kilka nagród Grammi (nie Grammy, Grammi), BBC i MTV 0, tak więc najwyraźniej nie jest to pierwsza lepsza banda z konkursu piosenki turystycznej.
Bohater dzisiejszego odcinka, Blue, jest trzecim w serii bliżej nieokreślonej narracji fabularnej, zapoczątkowanej w 2012 roku albumem Kin. Mamy tutaj 10 utworów w klimatach mocno kojarzących się z retropopem w wykonaniu M83 i new age'em pokroju Enyi - chórki, głębokie echa na wokalu, rozmyte, plumkające arpeggia i wszystko inne co sprawia, że mimowolnie wspominasz tego włochatego smoka z Niekończącej się Opowieści. Myk polega na tym, że na przestrzeni całego Blue Jonna bardzo konsekwentnie brnie w morską stylistykę. Utwory są spokojne, bujające, wciągają pod wodę i usypiają. Bardzo mi się to spodobało - lubię albumy o spójnym brzmieniu.
Godnym wzmianki jest także sam głos Pani Lee. Co prawda wszystkie teksty są po angielsku, jednak nordycki akcent wokalistki sprawia, że niejednokrotnie zastanawiałem się czy w teksty nie są wplatane norweskie słówka. Nie są, ale mimo to śpiew niejednokrotnie sprawia wrażenie jakichś dziwnym, mitycznych inkantacji. A skoro już przy głosie jesteśmy, muszę wspomnieć. Jenna Lee bardzo, bardzo próbuje stylizować się na Fever Ray, ale daleka jeszcze przed nią droga.
Całość wypada bardzo zgrabnie, a gdzieniegdzie trafi się nawet mały przebój (w tej roli absolutnie Hunting for Pearls i Vista). W ogólnej perspektywie nie jest to jednak nic szczególnie odkrywczego. W Blue muzycy zdecydowali się na dużo bardziej popowe podejście niż na poprzednich albumach i niestety nie wyszło im to na dobre. Może i strasznie trudno się ich słuchało, jednak Kin i Bounty intrygowały swoim surowym brzmieniem i ezoteryką. Blue jest dużo przystępniejsze, ale brzmi jak ścinki po Hurry Up, We're Dreaming od M83. Zanim jednak postawię krzyżyk, muszę wspomnieć o drugiej części albumu, czyli filmach.
Jak wspomniałem na początku, IAMAMI zajmują się także sztukami wizualnymi. Blue, jak i pozostałe dwa albumy artystów, posiadają swoje filmowe odpowiedniki. Do każdego utworu jest przypisany teledysk (dostępny za free na koncie YT), które wszystkie razem stanowią fabularną całość. Nie mnie oceniać czy są coś warte artystycznie (a że próbują być artystyczne widać na pierwszy rzut oka). Z pewnością pomagają jednak wejść w świat kreowany przez Lee i jej towarzysza, są wręcz fenomenalnie wyprodukowane. W epoce, kiedy sztuka robienia teledysków w zasadzie zeszła na margines, takie zaangażowanie zasługuje przynajmniej na uśmiech uznania.
Muzycznie Blue nie jest ani zły, ani dobry. Dobrze wykonana rzemieślnicza robota z kilkoma ciekawymi elementami, które jednak nie są w stanie udźwignąć całego albumu. Jako multimedialny projekt artystyczny natomiast twórczość IAMAMI może faktycznie zaintrygować. Najlepiej spróbować samemu.
Nowa recenzja już w drodze, a w międzyczasie nowy teledysk od małego dziwnego pomarańczowego cosia znanego jako Grimes. Nie jestem pewien czy podoba mi się, że Pani Boucher odchodzi od psychodelicznych klimatów, koncentrując się na przystępniejszym, popowym brzmieniu. Tak czy inaczej warto posłuchać i obejrzeć, bo Grimes to jedna z najciekawszych popowych osobowości ostatnich lat.
Większość gatunków muzycznych jest w swoim brzmieniu mocno kosmopolityczna. Bardzo często słuchając rocka, jazzu czy bluesa nie jestem w stanie od razu stwierdzić, skąd przywędrowali do mnie muzycy umilający mi czas. Pierwszą, i bardzo często jedyną podpowiedzią jest głos wokalisty. I to też tylko wtedy, gdy poczuwa się w patriotycznym obowiązku śpiewać w ojczystym języku, lub ewentualnie kiedy ma koszmarny akcent. Jak to zatem jest, że elektronika wyznacza tak wyraźne granice na mapie świata?
Ocoeur to pseudonim artystyczny Francka Zaragozy, francuskiego grafika i elektronicznego kompozytora właśnie. Jego dyskografia jest na razie bardzo skromna pod względem tak kubatury jak i rozgłosu - raptem dwa pełne albumy wypuszczone pod patronatem niewielkiego, acz w niektórych krańcach internetu kultowego wydawnictwa n5MD. Jego twórczość, podobnie jak większość artystów sygnowanych logiem n5MD, koncentruje się wokół elektronicznych brzmień minimalnego, ambientowego kalibru. Tak przynajmniej myślałem z początku, gdy na stronie wydawnictwa posłuchałem zajawki A Parallel Life. Bardzo szybko przekonałem się jednak, że bycie Francuzem zobowiązuje, a Zaragoza, jakkolwiek mocno starałby się to ukryć, nosi w sobie geny Jean-Michel Jarre'a i Erica Mouquet.
A Parallel Life jest istnym koktajlem gatunkowym i instrumentalnym. Otwierając minimalnym, pełnym szumów i trzasków "Universe" Ocoeur powoli dokłada do brzmienia kolejne cegiełki, pożyczając od kolegów po fachu (tu np. Enigma, Solar Fields, Trentemoller) najlepsze, sprawdzone patenty. Brzmienie bardzo szybko nabiera ambientowej głębi i rozmachu, stroniąc jednak od spokoju i charakterystycznej, monotonnej zadumy. Gdzieniegdzie pojawiają się nawet zsamplowane smyczki i automaty perkusyjne, dodając nieco różnorodności. Na przestrzeni całego albumu niejednokrotnie pojawiają się analogowe drony, za co duży plus. Analogowa synteza to najlepsza synteza.
Biorąc pod uwagę tę całą różnorodność w inspiracjach bardzo dziwne jest to, jak bardzo francuskie jest A Parallel Life. Od samego początku miałem nieodparte wrażenie, że album jest jakąś zniekształconą wariacją na temat francuskiego new age'u i lat 90-tych. Jestem niemalże pewien, że pojawiają się tutaj te same dźwięki, z których niegdyś korzystało Deep Forest czy Enigma (choć akurat Michael Cretu jest Rumunem, ale to w sumie ten sam koszyk). Nie chodzi nawet o samą instrumentalizację. Całość unurzana jest w tej charakterystycznej, sentymentalnej atmosferze. Z drugiej strony, może to tylko ja.
Multum zapożyczeń oznacza także, że A Parallel Life prawie niczym nie zaskakuje. Zaragoza nadal szuka swojego stylu, i choć jest na dobrej drodze, to co tworzy obecnie brzmi bardzo wtórnie. Słucha się tego przyjemnie, ale niestety nie pozostaje w pamięci na dłużej. Ocoeur prezentuje duży potencjał, choć jeszcze nie potrafi go wykorzystać. Warto jednak o nim pamiętać - może następnym razem będzie lepiej?
Japonia jest pięknym miejscem dla audiofila/kolekcjonera. Zakorzeniona głęboko w japońskiej duszy kultura odsprzedawania przedmiotów zużytych czy niepotrzebnych w połączeniu z równie japońską miłością do muzyki sprawia, że w samym Tokio średnio na 10 mieszkańców przypada jeden komis płytowy. I nie mówimy tutaj o komisie u pana Edzia, który zbiera zarysowane płyty z Targu Dominikańskiego, ale o piętrowych, doskonale skatalogowanych sklepach, gdzie jedyna różnica pomiędzy płytą nową a używaną jest taka, że ta druga jest sprzedawana w nie oryginalnej folii.
Moim ulubionym miejscem w takich sklepach jest zazwyczaj kosz przy kasie, gdzie wrzucane są płyty, których albo nikt nie chce, albo coś jest z nimi nie tak - może grzbiet okładki wyblakł od słońca, albo, o zgrozo, płyta ma kilka rysek. W większości przypadków sierotki te sprzedawane są po cenie minimalnej, czyli 100 jenów. Na nasze w chwili obecnej ok. 3 złote.
W tym oto koszu wstydu i niechcianej starości, wśród takich przebojów jak Backstreet Boys czy Smashmouth wygrzebałem płytę, o której kompletnie zapomniałem, a która kiedyś, dawno temu przekonała mnie, że pop nie musi być syfiasty.
Frou Frou (Hon Hon Oui Oui) było dzieckiem Guy Sigworth'a i Imogen Heap. Ten pierwszy jest kompozytorem i producentem, który przyczynił się do sukcesu takich mości jak Bjork, Seal, GMT, Kate Havnevik i wielu, wielu innych. Ghost writer i szara eminencja muzyki pop. Pani Imogen z kolei to temat na osobny artykuł. Czystej krwi Brytyjka, której zabawy z dźwiękami i możliwościami ludzkiego głosu sprawiły, że jest jedną z najbardziej charakterystycznych postaci popularnej muzyki alternatywnej ostatnich dekad. Co prawda teraz nieco bardziej niż zazwyczaj zanurzona jest w muzycznym szaleństwie i m.in. projektuje śpiewające rękawiczki, ale ja nie o tym. Nieważne.
Ważne jest to, że dwójka dzisiejszych bohaterów zeszła się pewnego dnia roku pańskiego circa 2002 i postanowiła wydać album pod tytułem Details. Zupełnie przypadkiem wyszedł im jeden z najpiękniejszych, najbardziej inspirujących kawałków muzyki jaką kiedykolwiek słuchałem.
W swoich źródłach Details to elektronika. Nie uświadczysz tu prawdziwych instrumentów. Każdy jeden dźwięk pochodzi albo z syntezatora, albo z sampla. Sigworth jednak wykorzystał dostępną mu technologię w sposób iście mistrzowski. Jego kompozycje to istna feeria dźwięków i emocji. Nie znajdziesz tutaj utożsamianej dzisiaj z elektroniką prostoty i minimalizmu. Sample brzmią organicznie, są splatane i mieszane tworząc melodie chwytające za gardło. Fortepian i smyczki w połączeniu z wibrującym, syntetycznym basem i jungle'ową perkusją? Proszę bardzo. Samplowane, zapętlone głosy i gitara akustyczna? Jak najbardziej. Details ocieka kreatywnością i łączy brzmienia, które nie powinny współbrzmieć, a brzmią fenomenalnie. Nie zapominajmy, że jesteśmy w roku 2002, a w świadomości szerokiej publiki elektronika reprezentowana jest przez ścieżkę dźwiękową z pierwszego Matrixa.
Kiedy już oswoimy się z tym, że Sigworth próbuje w nas wmusić muzyczną kremówkę z parówką, po głowie dostajemy od Imogen i jej nietuzinkowego głosu. W następnych latach Imogen Heap da o sobie znać jako wokalistka eksperymentująca, i tutaj słychać początki jej fascynacji. Bawi się brzmieniem, modulacją. Sampluje pojedyncze słowa i dźwięki. Traktuje swój głos jak każdy inny instrument, próbując wydobyć z niego jak największą gamę dźwięków. Jednocześnie jest niesamowicie ekspresyjna i melodyjna, utrzymując kobiecą delikatność. Nadaje kompozycjom Sigwortha nieco sennego posmaku i wspaniale wpisuje się w te wszystkie misternie skrobane konstrukcje muzyczne. Lepszym wyborem mogłaby być chyba tylko Bjork, choć ta nie dorównuje Heap finezją.
Najważniejsze jest jednak to, że Details pomimo prawie 15 lat na karku nie zestarzało się ani trochę. Album nadal brzmi świeżo i inspirująco, porywa głębią dźwięku. Każda sekunda jest pedantycznie wręcz dopieszczona, a produkcja smakowicie przejrzysta. Pomysły zawarte w albumie zostały nie raz powielone, ale nic nie brzmi tak dobrze, jak oryginał. Bez względu na to, czego słuchasz, Details zasługuje na twoją uwagę. Zrób sobie mały prezent i posłuchaj jak najszybciej.
Bardzo długo zbierałem się do tej recenzji. Mansona słuchałem przede wszystkim w liceum. Mechanical Animals i Holy Wood uważam za jedne z najlepszych albumów rockowych w ogóle, MA w szczególności stawiam w tej samej kategorii co np. Nevermind Nirvany. Zawsze miałem olbrzymi szacunek dla Briana Warnera (tak w rzeczywistości Manson ma na nazwisko) za umiejętne operowanie skandalem i prowokacją i wplatanie ich w ciężką, niezwykle popową muzykę. Lata lecą jednak nieubłaganie, gusta przekształcają i coś, co podobało się nastolatkowi, niekoniecznie musi podobać się mężczyźnie, który rejestruje się w urzędzie pracy żeby nie płacić za ewentualną hospitalizację. Sądziłem, że miejsce Mansona leży już tylko w miłych, szkolnych wspomnieniach. Wykrzesanie choć odrobiny entuzjazmu do posłuchania The Pale Emperor przyszło mi z niezwykłym trudem. Nawet po pierwszym przesłuchaniu byłem dość obojętny. Z czasem jednak zacząłem dostrzegać pewne nawiązania, stare zagrywki, charakterystyczne klimaty. The Pale Emperor to płyta bardzo skromna i nieśmiała, ukazująca swoją twarz tylko tym, którzy obdarzą ją czasem i wyrozumiałością.
Próżno tu szukać polotu i przebojowości z tzw. "popowej trylogii" (Antichrist Superstar, Mechanical Animals, Holy Wood) Mansona. próżno tu szukać przebieranek, rozbuchanych aranżacji i rzężącej elektroniki. już pierwszy utwór, "Killing Strangers" daje nam do zrozumienia, że mamy do czynienia z muzyką dużo bardziej naturalną. Brzmienie jest surowe, minimalistyczne, a głos Warnera pozbawiony efektów i jakiś taki zmęczony. Budzi skojarzenia z Eat me, Drink me, albumem wydanym w 2007 roku, niemal w całości poświęconym rozstaniu z Ditą von Teese. The Pale Emperor jest niemal równie osobisty. Powiedziałbym wręcz, że nieco zbyt osobisty. Przejrzystość większości utworów sprawia, że niejednokrotnie czułem się, jakbym przekraczał granicę prywatności pana Warnera, zaglądając mu przez ramię, kiedy gra na gitarze.
Jeśli chodzi o same kompozycje, są one ciężkie, powolne. Zawsze mroczne. Podobnie głos Mansona, toczy się niczym lokomotywa, powoli, acz jednostajnie. Raz na jakiś czas słychać przebłyski wspomnień poprzednich dekad. "The Mephistopheles of Los Angeles" buja jednostajnym rytmem na dwa, tak ulubionym przez MM. Aż chce się klaskać. skromność instrumentalizacji pozwala docenić, jak zgrabne i w gruncie rzeczy klasyczne aranżacje potrafi pisać Manson.
Pytanie tylko, czy to wystarczy. Muzyka Mansona zawsze pełniła dla mnie funkcję katartyczną. Do niczego tak się nie wrzeszczało, jak do "Angel With Scabbed Wings" czy "Rock is Dead". tPE celuje w zupełni inną stylistykę, chce osiągnąć coś zupełnie innego. To już nie jest muzyka dla sfrustrowanych nastolatków. To wyznania muzycznego wyjadacza, który już dawno pożegnał się z pierwszymi stronami gazet. Wyprane z całego tego szaleństwa i skandalu kompozycje Warnera nie porywają tak, jak kiedyś.
Pale Emperor nie trafił do mnie. Z jednej strony należy docenić, że Manson zdecydował się na wyprodukowanie czegoś tak lirycznego i obnażającego jego muzyczne zdolności - dla wielbicieli możliwość doświadczenia jego muzyki w tak bezpośredniej, prostej formie jest nie lada gratką. Z kolei tych, którzy MM kojarzą przede wszystkim z drugiej połowy lat 90-tych, brak popowego sznytu i połysku szybko zacznie nudzić.
Powiem szczerze, bardzo lubię modę na tzw. retro pop. Uwielbiam M83, delikatne kobiece chórki i cyfrowe perkusje. Niektórym jednak wydaje się, że skorzystanie z określonej kolekcji sampli i skręcenie wideoklipu wypchanego odniesieniami do popkultury lat 80-tych wystarczy, żeby zaznaczyć swoją obecność na muzycznej scenie.
Mat Devine, bohater dzisiejszej recenzji, jest weteranem chicagowskiej emo sceny. Zaczynał ponad dekadę temu, zespołem Kill Hannah. Jak w przypadku większości zespołów emo sprzed 15 lat, KH oferowało przebojowe, pop punkowe brzmienie połączone z tekstami rodem z pamiętnika sfrustrowanego nastolatka. I działało to lepiej, niż dobrze. Devine miał smykałkę do pisania refrenów i chwytliwych melodii, a jego mocno androgeniczny głos dodawał całości nieco kontrowersji, tak uwielbianej przez licealną dzieciarnię.
No i minęło ponad 5 lat od ostatniego albumu KH, a Mat postanowił zrobić coś w pojedynkę, w środowisku muzycznym, które już dawno zapomniało o pop rocku. Biorąc pod uwagę doświadczenia jego kolegów po fachu naprawdę trudno się dziwić, że postanowił wysmażyć laurkę wszystkim swoim ulubionym filmom z lat 80-tych.
Gold - Blooded wręcz ocieka inspiracjami z zeszłego wieku. Brzmienie syntezatorów, struktura piosenek, chórki. Jest tutaj nawet cover "Love is a Battlefield", które w oryginale wykonała Pat Benatar (tak na wypadek gdybyś zapomniał, że jesteśmy w latach 80-tych!). Ta część albumu dopracowana jest rewelacyjnie. Devine bardzo zręcznie uchwycił klimat epoki, a aranżacje raz na jakiś czas potrafią nawet zaskoczyć jakimś niespodziewanym dźwiękiem. Elektronika jest soczysta i świetnie się jej słucha na słuchawkach. Niestety, wszystek pracy przy konsoli mikserskiej poszedł na marne, gdyż sam Devine śpiewa po prostu koszmarnie.
Pomimo 40 lat na karku, Devine nadal stara się brzmieć jak nastoletnia dziewczynka, co zwyczajnie mu nie wychodzi. Jego głos jest płaski i wyprany z wszelkich emocji. Przypuszczam, że w zamierzeniu miał być delikatny i romantyczny, liryczny wręcz.W rzeczywistości strasznie nudzi i usypia. Słychać to szczególnie w kawałku "Falling in Love (Will Kill You)", gdzie do zaśpiewania zwrotki zaproszono Gerarda Way. Krótko mówiąc, były frontman My Chemical Romance w swoich 20 sekundach dosłownie miażdży popisy wokalne Devine'a. I to nie tylko skalą głosu, ale i dynamiką i barwą. Nagle zdajesz sobie sprawę, że przecież mógłbyś słuchać czegoś zupełnie innego, dużo lepszego, gdzieś zupełnie indziej. Jeśli to cię nie odstraszy, z drugim uderzeniem przychodzi "Love is a Battlefield" właśnie, które swoim szaleńczym tempem uśpiłoby naszprycowaną kofeiną wiewiórkę. Koszmar.
Skoro jesteśmy już przy "Falling in Love[...]", to pomówmy chwilę o tekstach. Jak można się domyślić po tytule, Devine nie rozwinął się ani trochę w tej sztuce i nadal czerpie inspiracje ze starych pamiętników swojej młodszej siostry. Teksty są prostackie i naiwne. Nie potrafię uwierzyć, że facet, który w teorii mógłby mieć pełnoletnią córkę, nie ma ambicji napisać czegoś znaczącego, do zastanowienia. Dla przykładu, otwierające "Birds of Prey" opowiada o smutnych drapieżnych ptakach, które nic, tylko polują na myszy. Dlaczego? Tego nikt nie wie. Jedna linijka tekstu powtarzana jest w kółko, do znudzenia. Gdzie indziej słuchamy o tym, że wokalista kocha, a nigdy nie kochał. I że jest zmęczony. I chce uciec. I że miłość.
Oczywiście, zdarzają się perełki. "Call Me Crash" brzmi fenomenalnie. Tekst tekstem, ale pod względem sonicznym utwór jest głęboki, monumentalny. Sample dobrane są genialnie, nałożone na siebie czają się, przeplatają i wyskakują na ciebie w najmniej oczekiwanych momentach. Przebojowa rzecz. To jednak stanowczo za mało, żeby polecić ten album.
Gdyby nie głos wokalisty, Gold Blooded możnaby traktować jako stylizowaną ciekawostkę, lekką przekąskę w przerwach między poważniejszym słuchaniem. Niestety, maniera wokalna Devine'a, wynikająca z niej pretensjonalność i naiwność dla wielu będzie niestrawna. Słuchać na własną odpowiedzialność.