27 października 2015

Pomidory i anteny radiowe ~ Neutral Milk Hotel ~ In The Aeroplane Over The Sea

"Two headed boy, she is all you could need
She will feed you tomatoes and radio wires
And retire to sheets safe and clean
But don't hate her when she gets up to leave".

Zazwyczaj powstrzymuję się od wplatania w recenzję tekstów z omawianej płyty, ale w tym wypadku zwyczajnie nie da się inaczej. Dzięki uprzejmości i poświęceniu mojej lepszej połówki w spocone dłonie wpadł mi *nareszcie* krążek zespołu Neutral Milk Hotel. Płyta absolutnie piękna i kultowa, która w zasadzie zgodnie ze zdrowym rozsądkiem powinna już dawno popaść w zapomnienie. Po kolei.

O samym zespole za wiele nie ma co pisać. NMH było dzieckiem Jeffa Manguma, muzycznego wagabundy i ekscentryka, który na przełomie lat 80-tych i 90-tych tułając się od miasta do miasta pobrzdąkiwał w sypialniach i salonach znajomych. Traktując muzykę bardziej jako formę ekspresji niż instytucję, nie dążył do stworzenia stałego zespołu. Poza garścią ep-ek i demówek rozpowszechnianych na rozjeżdżonych taśmach, Mangum nagrał tylko dwa albumy: On Avery Island i In the Aeroplane Over the Sea. Podczas gdy ten pierwszy przeszedł zupełnie bez echa, Aeroplane stało się ulubieńcem krytyków. W chwili premiery album nie sprzedał się prawie wcale, ale na przestrzeni lat obrósł legendą i społecznością zagorzałych fanów. Dość powiedzieć, w 2008 roku, czyli ponad dekadę po premierze, Aeroplane było szóstym najczęściej kupowanym winylem w USA. Skąd ta hipster histeria... hipsteria? (badum-tsh).

Na pierwszy rzut uchem Aeroplane to bełkot, tak muzyczny jak i logiczny. Akustyczna gitara w akompaniamencie zastępu instrumentów dętych i perkusji fałszują i gubią rytm, produkcja pełna jest trzasków i zakłóceń. Mangum nie jest w stanie utrzymać dźwięku przez dłużej niż pół sekundy - Głos mu się załamuje, śpiewa albo obok melodii, albo gdzieś zupełnie indziej, na przykład w kuchni (fun fact - trąbki do niektórych utworów faktycznie nagrywane były przez ścianę). Na domiar złego jego teksty są pełne radosnego nonsensu, bijącego na głowę wszystko, co słyszałeś na albumach The Pixies.

Gdy usłyszałem ten album po raz pierwszy, nie wiedziałem co myśleć. Było to coś, do czego byłem zupełnie nieprzygotowany. Przyzwyczajony do sterylnej produkcji większości pop-rockowych przebojów, ogniskowe rzępolenie Manguma wydawało się czymś niegodnym studia nagraniowego. Z czasem zacząłem dostrzegać w Aeroplane pewien zamysł.

Bo to nie tak, że Mangum nie potrafił grać. Co to to nie. Chałupniczość i beztroska dekonstrukcja dźwięków jest zabiegiem celowym, podkreślającym atmosferę i przekaz albumu, potęgującym emocje. A emocji tutaj co niemiara. In the Aeroplane Over the Sea to płyta o dorastaniu, o pierwszej miłości i jej utracie, o rodzinie i więzach braterskich. Na takie tematy można, a czasami nawet należy śpiewać łamiącym się głosem. Smutek miesza się tutaj z beztroską i radością, i tak w kółko, jak na karuzeli.

Wszystkie historie Mangum podał w formie zawiłych metafor. Co prawda po latach muzyk przyznał, że główną inspiracją do napisania albumu była historia Anne Frank, ale nie jest to informacja zbyt pomocna. Zapewniam was, że przedarcie się przez gąszcz porównań, aluzji, powielania narratorów i innych zabiegów jest jak walenie głową o ścianę. Dwugłowi chłopcy, płonące fortepiany, ukwiecone oczy -  metafory, choć często niezrozumiałe, wciągają słuchacza jeszcze głębiej w opowieści snute przez Manguma. W tym wszystkim muzykowi udało się uniknąć kiczu i pretensjonalności, o co przecież tak łatwo w muzyce popularnej. Cały album sprawia wrażenie pewnego strumienia świadomości, sennej wizji, słodko gorzkiej od początku do końca. W połączeniu ze skromną, ułomną instrumentalizacją otrzymujemy twór niezwykle intymny - niejednokrotnie miałem wrażenie, że Mangum bardziej śpiewa dla samego siebie niż dla kogokolwiek innego.

In the Aeroplane Over the Sea jest pozycją absolutnie obowiązkową dla każdego fana muzyki, jednak nie ze względu na muzykę. To, czym promieniuje Aeroplane to emocja, której przypisany jest cały album. Sposób w jaki Mangum kształtuje swoje historie amplifikowane dźwiękiem jest absolutnie godzien podziwu i pokazuje, że nawet to co brzydkie i nieciekawe może zrodzić coś pięknego.

3 października 2015

Some things are meant to stay dead ~ Orgy ~ Talk Sick

Jakiś rok temu pisałem (nie kryjąc entuzjazmu i ekscytacji) o reaktywacji Orgy i singlu Wide Awake and Dead. Przepowiadałem wówczas sentymentalny powrót smutnego electro-popu i przebierając nóżkami wypatrywałem pełnego albumu. Cały tekst możecie przeczytać tutaj. Minęło dwanaście miesięcy i oto w słuchawki wskoczyło Talk Sick, w akompaniamencie fejsbukowych fanfarów, trasy koncertowej i ogólnie pojętego internetowego hype'u. Co z tego wyszło? To samo, co zazwyczaj.

Zacznijmy od kwestii czysto techniczno-logistycznych. Choć Jay Gordon i reszta nad nowym materiałem pracowali przez ponad sześć lat (pierwsze wieści o reaktywacji pojawiły się w okolicach 2009 roku) a w procesie odwołali niejeden koncert gdyż "studio nas potrzebuje", Talk Sick (rozumiecie? gra słów godna Monty Pythona) to EPka. Siedem utworów, w tym jeden remiks. Dwadzieścia pięć minut muzyki. W sumie trudno się dziwić. Jay Gordon to nie gwiazda pokroju Gavina Rossdale'a czy Chrisa Cornell'a i pewnie trudno wysupłać mu gotówkę na eksperymenty muzyczne. Tym bardziej, że entuzjazm fanów był łagodnie mówiąc umiarkowany - wszystkie próby panów z Orgy mające na celu uzbieranie pieniędzy spełzły na niczym. Ich pierwszy crowdfunding na IndieGoGo uzbierał niecałe dziesięć tysięcy dolarów z wyznaczonych stu tysięcy, a późniejsze próby nie poszły dużo lepiej. Nawet facet zbierający na sałatkę ziemniaczaną miał na kickstarterze lepszy wynik. Z jednej strony trzeba pogratulować chłopakom samozaparcia i determinacji. Z drugiej natomiast musimy zadać sobie pytanie czy było warto, i dlaczego jednak nie.

Artistecard.com
Talk Sick jest złe. Złe teksty, złe rymy, złe melodie. Oferowane przez Gordona brzmienie to dziwny mariaż muzyki klubowej i nu metalu, z dużym naciskiem na to pierwsze. Samo w sobie nie byłoby to takie okropne, ale mamy tutaj do czynienia z chamską, łopatologiczną techno dyskotekówą z wepchniętymi gdzieniegdzie rzężącymi gitarami. Monotonia, rytm na raz, zero progresji, no i syreny. Syreny! Jak na wiejskiej potańcówce. Come Back jest tutaj złotym przykładem bardzo nieudolnego łączenia gatunków.

Teksty wpisują się w ten sam schemat rubasznej imprezy. Gordon, który kiedyś wyśpiewał takie rodzynki jak Stitches czy Eva raczy nas dzisiaj opowieściami o tym, jak rządzi na parkiecie i wyrywa wszystkie foczki w klubie. Oczywiście foczki mroczne i wytatuowane, bo to przecież neo-goth-noirr. Polecam tutaj utwór Suck it, który uwodzi rymami subtelnymi niczym nurkujący messerschmitt.

Przed kosą ratują się tylko Wide Awake and Dead i Spells. Ten pierwszy opisywałem już rok temu i podtrzymuję opinię, jakoby był to jeden z najlepszych utworów wydanych przez Orgy. W perspektywie pozostałych kawałków jestem natomiast pewien, że napisał go dla Gordona ktoś z zewnątrz. Człowiek tworzący tak mizerne brzmienia nie byłby w stanie spłodzić czegoś takiego. Spells to z kolei jedyny przypadek na całej EPce, kiedy techniawkę faktycznie dobrze zbalansowano z rockiem. Monotonna, umcykująca zwrotka bardzo ładnie przechodzi w płynący, przebojowy refren, a całość pozytywnie przywołuje wspomnienia świetności zespołu. Cała reszta to kałuża.

Podsumowując, radzę nie dotykać Talk Sick, nawet metrowym kijem. Chwila nieuwagi i można się rozchorować (badum-tsh).

19 września 2015

Zbankrutowana Brzoskwinia ~ Phoenix ~ Bankrupt!

Lato już prawie za nami, a tutaj cisza. Trochę nie miałem czasu, bo co chwila rozjazdy, praca i nauka. Trochę lenistwo, bo w Krakowie niemal codziennie 30 stopni i absolutny brak wiatru. Przy takiej aurze nie da się konstruować zdań wielokrotnie złożonych. Po części natomiast absolutna posucha - w czasie wakacji wyszła raptem jedna epka która wzbudziła moje zainteresowanie, ale o tym następnym razem. Na pożegnanie upałów przybliżę wam zespół o którym nie miałem pojęcia, a który ponoć wszyscy inni doskonale znają. Mam nadzieję, że jednak nie, bo byłby przypał.

Phoenix, bo o nich mowa, są grupą kolegów z Wersalu, którzy począwszy od roku 1999 próbują podbijać świat mieszanką popu, lekkiego rocka i francuskiego elektro (jak wszyscy wiemy, noworodkom we francji codziennie puszcza się Oxygene Jean Michel-Jarre'a. Elektro mają we krwi. Francuskie elektro). Podczas pierwszej dekady XXI wieku fama o nich zasadniczo nie wychodziła poza granice Francji. W świat poszybował jedynie jeden z ich singli, wetknięty do ścieżki dźwiękowej Lost in Translation Sofii Coppoli ( Która to Sofia kilka lat później wyszła za mąż za frontmana Phoenix, Thomasa Marsa. Przypadek? Nie sądzę). Przełom nastąpił w 2009 roku, gdy panowie wydali album Wolfgang Amadeus Mozart, z singlami 1901 i Lisztomania. Wersalczycy wspięli się nimi na szczyt list przebojów nie tylko we Francji, ale i w pozostałych państwach Europy i w USA. Zdobyli Grammy za najlepszy album alternatywny i grali w niemal każdym znaczącym wieczornym programie amerykańskiej ramówki (dlatego właśnie trochę przypał, że w sumie o nich nie słyszałem aż do niedawna). Krytycy chwalili WAM za rześkie i lekkie brzmienie, doskonale balansujące pomiędzy rockiem a muzyką taneczną. Zgadzam się w zupełności - single nadają się tak do tańca, jak i kanapowego zwałowania czy jazdy samochodem.

W obliczu mainstreamowego sukcesu Thomas i spółka stwierdzili, że umościli się na rynku na tyle dobrze by spróbować czegoś nieco bardziej ambitnego i eksperymentalnego. Tym sposobem dochodzimy do Bankrupt!. Wydany w 2013 roku krążek ze stylową brzoskwinią na okładce (a może to nektarynka? Po Francuzach można spodziewać się wszystkiego) miał być komentarzem i kontrą na obecny rynek, traktujący muzykę jako rzemieślniczy produkt bez duszy.



Album zaczyna się od wybuchu. Entertainment wita nas orientalną melodyjką i rzężeniem przesterowanych gitar. Następnie dochodzi jękliwy, delikatny głos Thomasa i na wskroś francuskie klawisze (ja naprawdę nie wiem skąd oni to biorą). Kawałek doskonale podsumowuje wszystko, za co  Phoenix zyskał tak duże uznanie poprzednim albumem. Thomas stosuje nawet podobne zabawy z tempem i rytmem, które nie pozwalają znudzić melodii. The Real Thing to więcej rzężenia, tym razem syntezatorów i mocny, soczysty bit. nie można tutaj mówić o monotonii - zwrotki i refreny to wyraźnie odmienne melodie i rytmy, posklejane w 3,5 minutową całość. Pojawia się tu jednak problem, który staje się regułą na przestrzeni całego albumu - budowanie napięcia.

Niejednokrotnie podczas słuchania zdarzało mi się wypaść z rytmu. Kiedy czuję, że piosenka powinna zbliżać się ku kulminacji, ta się łamie w pół i zwalnia. Kiedy wszystko zapowiada przebojowy refren, Thomas wpada w monotonną deklamację. Przypuszczam, że to działanie celowe - koledzy z Phoenix w końcu postanowili stworzyć album popowy łamiący popowe prawidła. Nie zmienia to jednak faktu, że podczas słuchania niejednokrotnie czułem, jakbym się potknął i wywalił na nos.

Męczą też szumy. Podczas gdy WAP cieszył przejrzystą produkcją i wyrazistym brzmieniem, Bankrupt pełen jest szumów i przesteru. Gitary się rozlewają i zlewają, zakrywając często wokal. Elektronika, choć stylowa i nawiązująca do klimatów lat 80-tych (a jakże) potraktowana została tym samym kijem - dźwięki są jak przepuszczone przez młyn, charczące i jakieś takie przytłumione. Bardzo dziwnie kontrastuje to z głosem Thomasa Marsa. Jego delikatny i spokojny głos często z trudem przebija się przez ścianę instrumentalizacji. Trochę szkoda, bo pod przykryciem eksperymentów producenckich i strukturalnych kryje się w zasadzie bardzo solidny, tradycyjny pop. Trying to be cool, Drakkar Noir czy Don't to ewidentne laurki dla dyskotekowej muzyki zeszłego wieku.

Nie do końca rozumiem, do kogo skierowany jest ten album. Phoenix chcieli stworzyć coś wyjątkowego i umykającego kategoryzacji, ale zabrakło im mocy twórczej aby oderwać się od swoich korzeni. W efekcie otrzymaliśmy hybrydę leżącą gdzieś pomiędzy światami, a nie pasującą do żadnego z nich. Jako ciekawostkę fonograficzną można tego doświadczyć ale wątpię, czy Bankrupt! będzie często gościł w moich słuchawkach.

13 czerwca 2015

Coś na lato ~ Twin Forks ~ LP

Za oknem 35 stopni, w środku jedynie jakieś 28. Muszę jakoś wysiedzieć aż aura na zewnątrz stanie się znośna, więc czemu nie nowa recenzja? Wakacje za pasem, przydałoby się polecić coś lżejszego, co będzie dobrze brzmiało w drodze nad jezioro/morze/Pustynię błędowską.

Chris Carraba jest wokalistą znanym głównie z dwóch aktów: Dashboard Confessional i Further Seems Forever. Obydwie kapele w stylu pop rocka/emo, zdobyły w scenie całkiem sporą popularność, głównie ze względu na delikatny, czuły głos Carraby i przystępne melodie. Bardzo polecam albumy Dusk and Summer, Shade of Poison Trees, czy Penny Black. Nie jest to nic szczególnego czy odkrywczego, zwyczajnie przyjemnie się tego słucha. Latka lecą, i Chris postanowił porzucić rockowe korzenie i zwrócić się w stronę klimatów odmiennych. Niektórzy muzycy w obliczu kryzysu wieku średniego zaczynają malować, inni hodują winogrona. Chris Carraba postanowił grać folk.

Źródło: reybee.com
Pierwszy, i jak dotąd jedyny pełen album Twin Forks zatytułowany jest zwyczajnie LP. Carraba, w towarzystwie czwórki muzyków wyposażonych w brody, kapelusze po dziadku i zwiewne sukienki (w przypadku elementu damskiego) proponuje nam szereg prostych, akustycznych melodii. Są tutaj gitary akustyczne, tamburyny, mandoliny, skrzypce etc.. Wszyscy klaszczą, tupią i pokrzykują z offu. Instrumentalizacja się więc zgadza. nieco gorzej z brzmieniem. Nie znam się co prawda na country czy amerykańskim folku, osłuchany jestem natomiast z amerykańskim popem i czuję nosem, że Twin Forks to pop właśnie, choć pop bardzo dobry i przebojowy. Nawet najbardziej zgrzebne akustyki i solówki na grzebieniu nie są w stanie ukryć, że chwyty i progresja melodii piosenek Carraby mają więcej wspólnego z Mtv niż z ubrudzonym rolnikiem z Teksasu. Niekoniecznie jest to ujma. Cytując starą reklamę Lego, "what it is, is beautiful". Carrabie udało się stworzyć album uroczy, lekki, miejscami może nawet wzruszający. Świetnie się tego słucha w drodze do pracy, zwałując na kanapie, czy łażąc po lesie (wszystkie opcje sprawdziłem, atestuję).

Źródło: grizzleemartin.com
Już w poprzednich projektach Carraba dał znać o swojej umiejętności pisania dobrych tekstów o miłości. Twin Forks to same teksty o miłości, i to takiej miłości i to takiej w sianie, na farmie dziadka. Bardzo łopatologiczne, nieco naiwne, ale na tyle bezpośrednie, by nie zajeżdżały kiczem. "Scraping up the Pieces", "Cross my Mind", "Something we just Know" to małe klejnoty, które na stałe wejdą na moją plejlistę. Świetnie się tego słucha i pewnie śpiewa przy ognisku (jeszcze nie sprawdzałem, nie atestuję).

Podsumowując, gorąco polecam. LP stworzone zostało, by go słuchać w lecie, nad jeziorem, podczas pieszych wycieczek i buszowania w zbożu. Tym bardziej mi żal, że jako dorosły, odpowiedzialny człowiek nie mam już wakacji i muszę zasuwać całe lato w biurze. Uważajcie ino bo jeszcze tak się wkręcicie, że wyciągniecie z szafy kapelusz po dziadku / kwiecistą sukienkę po babci. A wtedy to już tylko jechać na OFFa.

2 czerwca 2015

Powrót do korzeni ~ Everclear ~ Black is the New Black

Źródło: Theendrecords.com
Everclear od dawna ma u mnie od dawna plakietkę pod tytułem "Zespół z piosenką na każdy moment". Śpiewali o rozstaniach, o nienawiści, o braku pieniędzy, o miłości i o czym tam jeszcze byście chcieli. Kapela działa już od ponad 20 lat, choć jedynym stałym członkiem jest Art Alexakis. Ich brzmienie drzewiej określano "Cowpunkiem", że niby łączyli ze sobą punka i ciężkie gitarowe granie z countrowym zawodzeniem i południowo amerykańską stylistyką. Coś niby w tym było, choć to określenie dużo bardziej pasowało mi do Kid Rocka czy Nickelback. Anyway. Black is the new Black jest drugim albumem z odświeżonym składem. Poprzednie Invisible Stars było wielkim rozczarowaniem - album okazał się krótki, bez polotu, o brzmieniu wtórnym, zakrawającym o auto plagiat. Dlatego też do BB podszedłem z bardzo, bardzo dużym dystansem.

Zupełnie niepotrzebnie. Black is the new Black to 11 przebojowych, zaskakująco ciężkich kawałków, które swą stylistyką zachęcają do nostalgicznej podróży do pierwszej połowy lat 90-tych, czasów World of Noise i Sparkle and Fade. Piosenki są powolne, melodie proste, a gitary rzężące. A to wszystko unurzane w tej charakterystycznej, Alexakisowej manierze, łączącej hard rocka z punkiem. "The man who broke his own heart" jest niemalże prostackie w swej budowie, ale to nie szkodzi. Gdzieniegdzie promienieją nieco bardziej popowe, durowe wstawki, które w przyjemny sposób przełamują dominującą na albumie blazę. Niczym takie promyki słońca, co się przebijają przez chmury podczas burzy. Mimo to płyta może brzmieć monotonnie - Alexakis przez lata wypracował swój styl i ani myśli odstępować od niego chociaż o krok. Wiele kawałków na krążku opartych jest na tych samych patentach, a nieuważny słuchacz może nie zwrócić uwagi kiedy kończy, a kiedy zaczyna się kolejna piosenka. Teksty, z drugiej strony, to zupełnie inna historia.

Źródło: media.al.com

Art Alexakis, proszę państwa, swoimi doświadczeniami i życiorysem przebija niejedną udręczoną gwiazdę rocka. Członek rozbitej rodziny, narkoman, z powodu problemów finansowych matki dorastał w najgorszych dzielnicach. Narkotyki odebrały mu brata. Furiat, niejednokrotnie trafiał na odwyk i terapie walczenia z gniewem. Wszystkie te epizody, przeżycia, emocje zawarte są w jego muzyce. Jestem niemalże pewien, że Everclear było jego metodą na radzenie sobie z przeszłością i fobiami. "Father of mine", "White men in black suits", "Otis Redding" i wiele innych piosenek jest powiązanych niezwykle osobistymi, bezpośrednimi tekstami które zwyczajnie chwytają za serce. Za teksty właśnie mam do Alexakisa niezwykły szacunek. Pomimo zrąbanej przeszłości i okropnych doświadczeń potrafił odnaleźć w sobie pozytywną energię i dzielić się nią z innymi ludźmi. Połączenie ciężkich tekstów z bardzo ciepłym, opanowanym głosem Art'a sprawia piorunujące wrażenie. na BB piosenki są również bardzo osobiste. "Complacent" to dotykająca laurka-przeprosiny za ataki gniewu, "Simple and Plain" z kolei wspomnieniem dzieciństwa. Oczywiście, wokalista nie ma już 20 lat i jego opowieści nie są już tak barwne, ale nadal utrzymują klimat.

Trudno napisać coś więcej. Jak przyznaje sam Alexakis, on sam i jego muzyka są prostolinijne i łopatologiczne. Dla wieloletniego fana Everclear Black is the new Black będzie po prostu kolejną porcją Evercleara właśnie. Nie tak przebojową jak kiedyś, nieco wtórną, ale nadal trzymającą profesjonalny poziom. Dla nowicjuszy natomiast może być to okazja do zaznajomienia się z bardzo oryginalnym rockowym aktem przełomu wieków, który w Polsce nie zdobył nigdy wielkiej popularności.

31 maja 2015

Node ~ Po tej ciekawszej stronie syntezatorów


Źródło: Nickcave.com
Już nieco osiadłem w Krakowie, czas więc powrócić do pisania i kolejnych recenzji. Na zaostrzenie apetytu mam dla was perełkę, o której istnieniu dowiedziałem się dzięki rewelacyjnemu dokumentowi "I Dream of Wires".

Flood, brytyjski producent znany z rzeźbienia albumów gwiazd pokroju U2, Depeche Mode, Smashing Pumpkins czy Nine Inch Nails, w latach 90-tych ubiegłego wieku wsławił się w społeczności elektro muzycznej próbą wprowadzenia syntezatorów w przestrzeń publiczną. Zadaniem Node było przypomnienie muzycznemu światkowi, że syntezatory to coś więcej, niż zwykłe organki plumkające w popowych melodiach.

Na zachętę dodam, że panowie w zeszłym roku wydali nowy (drugi!) album, więc warto poświęcić im nieco czasu.

14 maja 2015

Mroczna, norweska baśń: Seigmen ~ Enola


Nie wiem jak wy, ale ja absolutnie uwielbiam muzykę z krajów skandynawskich. Bez względu, czy jest to pop, czy elektronika, rock czy metal - jest przesiąknięta specyficzną stylistyką i emocjami. Przykłady mogę wymieniać bardzo długo: Solar Fields, Sigur Ros, Amiina, Mum, Iamamiwhoami, Bjork, Cardigans, Hives... Dzisiaj opowiem nieco o Seigmen, bardzo charakterystycznej kapeli z norweskim rodowodem, która w ostatnim czasie postanowiła przypomnieć o sobie po 15 latach zimowego snu.

W Norwegii Seigmen posiadają status analogiczny do naszego Illusion czy Kultu. Zaczynali pod koniec lat 80. i szybko wspięli się na szczyt popularności, korzystając z mody na mainstreamowe, ciężkie granie. Z początku przesterowani i nieokrzesani, świetnie wpisywali się  grunge'ową stylistykę. Albumy Metropolis (1995) i Radiowaves (1997) przez długi czas trzymały się na 1. miejscu norweskich list przebojów. Z czasem jednak zaczęli mocno eksperymentować ze swoim brzmieniem. Po lekkim przetasowaniu składu panowie w 1999 roku przemianowali zespół na Zeromancer i rzucili się w gotycką, elektro - rockową scenę. Nie udało im się utrzymać tak dużej popularności, ale nie przeszkodziło im to w wydaniu 6. albumów. Ostatni, Bye Bye Borderline, ukazał się w 2013 roku. W połączeniu z solową działalnością Kima Ljunga, basisty, wokalisty i głównego mózgu zespołu, chłopaki w trakcie trwającej ćwierć wieku kariery wypuścili ponad 20 albumów. W ostatnim czasie natomiast poskładali do kupy stary skład i uraczyli nas Enolą, 6. studyjnym krążkiem sygnowanym nazwą Seigmen.

Źródło: Wimp.no; Zdjęcie wykonane przez Bjorn Opsahl
Niestety nie znam norweskiego, więc nie przeanalizuję tekstów. Mogę natomiast stwierdzić, że Enola brzmi absolutnie bajecznie. Kim Ljung ma niesamowitą zdolność do pisania mrocznych, ciężkich melodii i przebojowych, chwytliwych refrenów. Nie jest to co prawda ten sam poziom przystępności co Zeromancer, jednak nie da się tych piosenek pomylić z kimkolwiek innym. Chrobot i wycie przesterowanych gitar przechodzą w powolne, melancholijne arpeggia. Alex Moklebust, (fenomenalny główny wokalista) krzyczy na całe gardło, by po chwili słodko szeptać do mikrofonu. Płyta w całej swej długości i rozwiązłości jest bardzo zróżnicowania emocjonalnie, nawet na przestrzeni pojedynczych utworów. Całość, głównie dzięki sprytnemu zastosowaniu smyczków i wspomnianych wyżej gitarowych arpeggiów sprawia, że Enola w wielu miejscach brzmi jak podkład do jakiejś mrocznej, gotyckiej baśni.

Żródło: musikknyheter.no
Z drugiej strony pamiętać trzeba, że nie mamy tutaj do czynienia z jakąś muzyczną wirtuozerią. Nie ma tu żadnych zabaw z rytmem, czy skomplikowanych gitarowych solówek. Przeszkadzać może też techniczna monotonia niektórych utworów. Choć skomponowane są bardzo smakowicie, to co poniektóre zagrywki niejednokrotnie się powtarzają. Nie przeszkadzało mi to jednak prawie wcale, bo Norwedzy budują niesamowita atmosferę i na tym opierają swoją muzykę. 

Moje skromne ucho najbardziej wypieściły "Trost" (rozbrzmiewa tutaj lekka inspiracja bardziej lirycznymi kawałkami Tool'a), "Utopia i mine armer" (oczywisty singiel) i "I mitt hus" (boski refren). Zabłąkała się tutaj nawet ballada pod tytułem "Tenn alle lys", w sam raz dla tych, którzy szukają czegoś delikatniejszego.

Enola jest bardzo solidnym comeback albumem. Nawet jeśli nie przepadasz za klimatami mrocznego, alternatywnego rocka, warto go przesłuchać. Choćby po to, żeby poznać co jest popularne w innych krajach Europy. Kim Ljung ma masę doświadczenia w tym biznesie i można być pewnym, że usłyszymy o nim jeszcze nie raz.